środa, 31 lipca 2013

Zrób to sam: pajac - pirat

   To będzie trochę post z cyklu "A mama w Twoim wieku...". Chociaż może troszkę później, bo pierwszego takiego papierowego "Pinokia" popełniam przy okazji lekcji pracy techniki gdzieś w trzeciej klasie podstawówki bodajże. Pamiętacie? Nie wierzę, że nie; nie wierzę, że jest tu ktoś kto na zajęciach plastycznych nie produkował mozolnie tego, jak dla mnie mega peerelowskiego reliktu.  A jeśli jest to pewnie nie ma więcej niźli lat 18, albo miał akurat szczęście /nieszczęście (zależnie od Waszej, że tak powiem, technicznej orientacji) być chorym bądź chorobę symulować;) Wspomnienia przywołał wykonany na tę modłę misiek wiszący w gabinecie pani arelgolog, którą ostatnio z Natkiem nawiedziłam. A jako że pani arelgolog zastrzeżeń do Nacia skóry nie miała, a przeciwnie wręcz, bardzo pozytywnie zaskoczona była, za pół roku zgłosić się kazała i na jesieni jajo podać Chłopcu memu na próbę zaleciła, to ja z tej radości z ulga pomieszanej wzięłam i pajaca dziecku machnęłam. Wyszedł nawet niczego sobie - u Nas w pirackim outficie;)
   Chcecie zrobić swoim Maluchom (no albo sobie) podobnego? To do dzieła. Dla wszystkich uzdolnionych inaczej tudzież nie lubiących się babrać czarną robotę odwaliłam i schemat pajaca-ludka rozrysowałam. Czemu nie od razu na kartonie? Bo jak Maluszyńskiemu zabawka szczególnie do gustu przypadnie i zażyczy sobie jakiego rycerza jeszcze, czy innego transformersa uchowaj Boże, to proszę bardzo, choć Dziecię, ja Ci odrysuję. A więc bierzcie i kopiujcie z tego Wszyscy :)
   Krok drugi, to odrysowanie szablonu właśnie na czymś sztywnym. U nas tektura z pudełka po pizzy spisała się na medal, tak, że przy okazji naszej pracy recykling aż kwitnie i huczy. Aha, na tym etapie radzę zostawić miejsce między poszczególnymi elementami na szczegóły i detale, jak np. węzeł pirackiej chusty czy szabla, której tu nie ma, bo ja miejsca nie zostawiłam, i teraz wyciągam wnioski;) Więc uczcie się na moich błędach...

 Potem malujemy. My używaliśmy farb, ale przecież cudeńka na kiju mogą się teraz dziać. Mogą w ruch iść wycinanki, bibuła, brokaty przeróżne, czy nawet w sytuacjach ekstremalnych, skrawki materiału. Nie radzę tylko koncepcji zbyt często zmieniać, jak to czynił Natek, który wyszedł od lali, poprzez rysunek dla Taty, sto traktorów a doszedł do abstrakcji jakiejś totalnej, sam przy okazji farbą się hojnie uraczywszy...
 

Pomalowane? Wysuszone? To poprawiamy detale czarnym markerem i można wycinać.
 

   Piracisko zyskał akceptację Natka, a matka, no przed matką zaczęły się schody pod postacią połączenia tego pirackiego frankensztajna w całość tak, by ta grała, śpiewała, a nade wszystko tańczyła. Oczywiście można sobie zadanie ułatwić, robiąc ręce i nogi z jednego kawałka tektury, ale matka z tych, co jak nie skomplikują, to żyć nie mogą... Więc nie jęczymy, tylko przedziurawiamy: tułów razy 4 w miejscu ramion i ud, uda i ramiona po 2 razy po dwóch końcach, łydki i przedramiona po razie, by powstały łokcie i kolana. I tu znów można sobie ułatwić, używając poczciwych guzików, niestety tych ci u nas niedostatek, więc znów idziemy po bandzie i wiążemy supełki po obu stronach miejsca złączenia. 
   Wszystko się w miarę trzyma? To teraz operacja grozy, bo trzeba kukiełkę ożywić, w tym celu łączymy ze sobą z tyłu za pajacem poziomymi nitkami ręce i oddzielnie nogi. Następnie bierzemy dość długi kawałek nitki i związujemy supełek na lince łączącej ręce, a następnie, nie przecinając pionowej nitki, supeł wiążemy na poziomej nitce spinającej ze sobą nogi pajaca. Ważne jest, aby wszystkie te połączenia były dość napięte, a nitki je tworzące - sztywne. Resztę pionowej nici puszczamy luzem - to za nią będziemy pociągać. Zostaje jeszcze zrobić pajacowi przytwierdzoną do głowy zawieszkę, powiesić go i już można kazać mu tańczyć, jak się go pociągnie. 
 

   Nasz pajac nie cieszył się długim żywotem, bo Natan bawił się nim dość entuzjastycznie. Za to co się natańczył i na skakał - to jego. Planuję wskrzesić pajacyka, kiedy nazbieram odpowiednią ilość guzików mogących wzmocnić jego połączenia. W głowie zaświtały mi jeszcze koncepcje pajaca-ośmiornicy machającej mackami. A może latający na tej samej zasadzie motylek, czy baletnica, w wersji bardziej dziewczęcej? 
A oto króciutki filmik z harców pirata:

czwartek, 25 lipca 2013

Być czy myć? ... Piec! (tartaletki)

   Chcę Go nauczyć czerpać przyjemność z rzeczy prostych, codziennych i prozaicznych. Chcę Go nauczyć chwytać chwilę, rozkoszować się nimi... Chcę Go nauczyć się zatrzymywać, też się czasem przy okazji zatrzymując. Czy sama to umiem? Uczę się. Razem się uczymy. 
   Zatrzymanie w pędzie codzienności to luksus - ostatnio polubiłam sobie na niego pozwalać. I choć w mojej głowie kołaczą się te wszystkie nie nastawione prania, nie pościerane kurze i nie poprasowane koszule, coraz częściej odwracam się w ich stronę z uśmiechem w ust kącikach i przyłożonym do nich wskazującym palcem. Cicho tam, ciiiii... Mój Syn rośnie, każda chwila jest niepowtarzalna, każda jest ważna; w każdej coś, co zwykłe i niezauważalne dla mnie, staje się dla Niego objawieniem. A ja, pozornie tak bliska, nie zauważam tego między deską do prasowania a brzegiem zlewu. Dość!!!
   Pragnę dać Mu najpiękniejszy prezent, jaki rodzic może dać Dziecku - swój czas i uwagę. Marzę, by Mu to dawać bez wyrzutów sumienia. Chcę dla Niego zdefiniować Dom używając słów "ciepło", "zapach", "bezpieczeństwo", "miłość" czy "wsparcie". Bo przecież teraz właśnie tworzymy wspomnienia. "My home is my castle" - pragnę dla Niego takiego właśnie poczucia. I choć jest rutyna, jest irytacja, zniecierpliwienie czy zmęczenie po prostu. Choć czasem podniesionym głosem, czy krzykiem tłumię jego nieposkromioną dziecięcą ciekawość (tak, biję się w piersi: moja wina, moja wina; ale chcę być szczera), to jednak następnego dnia zaczynam od nowa. I kolejnego. I jeszcze, i wciąż. A czas obmywa te dni z ziarenek chwilowej goryczy (bo tak, macierzyństwo to nie sam lukier) i wspominam z rozrzewnieniem tą radochę przy posługiwaniu się wałkiem, tą kwaśno-zdziwiono-zaciekawioną minkę na pierwszy kontakt z zagniecionym ciastem, to podjadanie czekolady do rogalików na bezczela... Czy ten cif, który o mało nie stał się głównym komponentem farszu pieczarkowego, według zamysłu mojego Dziecka.
   Sercem domu jest kuchnia, sercem kuchni - stół. My mamy na razie mały, stary, rozchybotany. Więc ładuję to moje Dziecię na szafkę i tam czarujemy. Ostatnio kruche babeczki wyczarowaliśmy - inspiracja i przepis, jak również foremki od Kini (dziękujemy!), która specjalnie dla mojego Dziecka takie cudeńka bez jajka wykombinowała i na grilla przytachała. Znikły w oka mgnieniu, były przepyszne. W jej wersji był spód+ masa do metrowca+ owoce i czasem czekolada. My sprawę nieco uprościliśmy, skorzystaliśmy z owoców z syropu i po prostu rozpuszczonej w kąpieli wodnej czekolady. Wyszły przedobre:)

Przepis na kruche spody (wyszło mi około 25 raz mniejszych, a raz większych "spodków"):
190 g masła (temperatura pokojowa)
50 ml zimnego mleka
25 dag mąki
1 łyżeczka miałkiej soli
Masło kroimy, ucieramy. Mleko mieszamy z solą aż do jej rozpuszczenia, stopniowo łączymy z masłem. Przesiewamy do tej paćki mąkę, mieszamy konkretnie, aż się połączą. Zagniatamy, zawijamy w folię i wrzucamy do lodówki na 2 godzinki (u mnie poleżało chyb ze 2 dni;)). Potem rozwałkowujemy, wykładamy ciastem foremki do tartaletek (czy jak im tam), nakłuwamy widelcem, przykrywamy papierem do pieczenia i hojnie ładujemy do nich fasolę czy inny groch (w przeciwnym razie będą się wybałuszać, lub, co gorsza się spalą). Pieczemy około 20 minut do pół godziny (jak sobie nasz szanowny piekarnik zażyczy) w temp około 180 stopni.
  

Kruchy, chrupiący, lekko słonawy spód; kwaśne, soczyste owoce i słodziutka czekoladka. Porcja w sam raz na dwa kęsy, coś pod szybką kawkę, między klocków układaniem a obiadu szykowaniem. Dla Maluszyńskich też do łapska akurat, nie do zapchania i słodyczą zamulenia, a jeszcze stwarza okazję do przemycenia owoców (a wcale nie muszą być z zalewy). No i dekorowanie... Ależ Nacio miał radochę:) Międolił te kulki w rączkach, ganiał za nimi po blacie szafki, łapał i na ciacha kładł, a one uporczywie Mu umykały. Był nawet patent, by użyć łyżki:) Mega wciągająca i rozwojowa, jak się okazało, zabawa.  
 

  Polecam do chrupania, dla Małych bez jaj, dla dużych do zachwycania. Robią się szybko, można bawić się tworząc kombinacje smaków przeróżne, można ciasto zamrozić, a nawet przygotować wcześniej spody i skorzystać gdy czasu mało a ochota na słodkie wielka. Świetne do wspólnego gotowania z małym, do bezstresowego zagłębiania Malucha w kulinarne pasje jak znalazł. Mnie kupiły, a ja przez nie kupiłam sobie dużą formę do tarty i dalej czaruję:) Jeśli zrobicie - proszę o info, chętnie looknę na efekty:)
 

czwartek, 11 lipca 2013

W przyrodzie nic nie ginie - odzyskane zdjęcia z zoo:)

   W przyrodzie nic nie ginie. I nawet jeśli się wydaje, że coś zostało bezpowrotnie utracone, że czegoś nie i już, nie da się odzyskać nigdy never, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że to rozbite w mulitmikroskopijne atomiki popierdziela gdzieś dookoła nas i czeka sobie, aż Osoba Kompetentna wyłapie je w eteru i z powrotem na łono rzeczywistości przywróci. 
   Zdjęcia to dla mnie jeden z najgenialniejszych wynalazków ludzkości (tuż obok internetu ofkors). Pozwalają oszukać czas, zatrzymać chwilę, ukraść ją życiu i mieć dla siebie na zawsze. I choć wiadomo, że najważniejsze są wspomnienia, to ja się boję, że one się zatrą i wyblakną, pokruszą się i z pamięci z biegiem lat gdzieś ulecą. Że zapomnę ten Jego uśmiech, tą minkę, że ta sytuacja mi się z inną poprzestawia, że pokręcę coś. A zdjęcia są takie namacalne. Na nich już zawsze On będzie miał 2 i pół roczku i już zawsze będzie szedł z rodzicami po raz pierwszy do zoo; nawet mając 25 czy 40 lat może znów iść. Dlatego ja te zdjęcia tak pstrykam namiętnie, dlatego ja na nie taka zachłanna i pazerna jestem. To takie moje skarby, od czasu, kiedy On się urodził, bezcenne. 
A tak cieszył się Natan
   Pisałam Wam już o skasowanych zdjęciach z zoo. Jak to na grillu z przyjaciółmi, gdzieś między piwkiem a szaszłykiem, wrzeszczącemu Małemu aparat fotograficzny bezmyślnie żem w łapska wepchnęła, coby mieć te pięć minut spokoju. No i on chwilę później znów jęczy: Mama, nie ma. Jest Synu, jest. BRAK ODPOWIEDNIEGO OBRAZU DO ODTWORZENIA - aparat był uparty i na wszelkie sposoby wyłączany, zdania zmienić nie chciał. Dopiero po podłączeniu karty do laptopa przyznałam, co jasne już dla wszystkich było, zdjęć nie ma, Mały skasował. Wrzeszczeć mi się chciało, włosy z głowy rwać i kląć na czym świat stoi, ale ograniczyłam się do "trudno" wypowiedzianego wprawdzie ze łzami w oczach. I nagle świsnęła mi myśl, że taki zdjęcia skasowane, to przecież można odzyskać, nie wiem jak ale wiem, że można. Gdy myśl tę wyartykułowałam spotkała się ona z pobłażliwymi głowy kiwaniami i uśmiechami z cyklu "o naiwności". "No chyba że siły rządowe, z BORu ci, to tak, ale coś Ty Kotuś, kto takie rzeczy Ci zrobi?" - Męż brutalnie i dosadnie na ziemię mnie sprowadził, no cóż, komuś ufać trzeba. I już prawie żem stratę tę przebolała, zoo za rok w skrytości planując, żeby była w przyrodzie równowaga, aż Męż ten sam dnia któregoś czerwcowego pisze mi smsem, że ma dla mnie prezent. "Ale nie taki, jak zwykle, tylko taki, że będziesz się na prawdę cieszyć". I pokazując mi zdjęcia z koncertu, niby przypadkiem, niedźwiedź, papuga... nigdy bym nie powiedziała, ze tak się ucieszę na widok pająka (tak, im też zdjęcia popstrykałam, żeby nie było, że dyskryminacja;)). BOR nie był potrzebny, wszystko zostało w rodzinie (dziękuję!).
   A więc zdjęcia, ku mojej przeogromnej radości, są. Są i z tej okazji Was nimi zarzucę. To był taki nasz i naszych Przyjaciół prezent na Dzień Dziecka dla naszych Maluchów, choć nie powiem, że nam radości też nie sprawił. 
Czy to jest przyjaźń, czy to jest...?;)
Kucyk naciągacz - 20 zł za zdjęcie;) Jednak, gdy myślałam, ze pozostałych nie odzyskam, było ono na wagę złota niemalże:)
Nataś, jak robi słoń? Tuju!!!
No przesłodka:)
Z Amelcią:)
Majestat:)
Zebja Zu, główny powód pielgrzymki Syna mego do zoo. Przy każdej kolejnej klatce bądź wybiegu nasze dziecko nie omieszkało wyrażać swego niezadowolenia, że to jeszcze nie ona. A zebry były gdzieś pod końcem...
Jednak długie oczekiwanie zostało nagrodzone - zebja Zu dała sie pogłaskać. Natek omal ze szczęścia nie oszalał:)
Jedyny nosorożec, który urodził się w Polsce, sam cukier, słodko się do mamy przytulał. Tylko jego imię mi umknęło...
Słoneczka nasze:)