wtorek, 16 grudnia 2014

WYNIKI!!! - Konkurs!!! Książka pod choinkę - pokaż nam, jak kochasz czytać

Witajcie Kochani. 
W chwili, gdy zaczynałam organizować konkurs pięć nagród wydawało mi się bardzo dużą ilością. Jednak Wasze piękne zdjęcia, Wasze zaczytane miny, skupienie dzieciaczków, które widziałam za każdym razem odczytując maile od Was sprawiły, że chciałabym te książki w jakiś cudowny sposób pomnożyć. Całej biblioteki byłoby za mało dla takich zagorzałych czytelników. Dlatego też przy wyborze zwycięzców, do których zabraliśmy się całą naszą trójką, najważniejszym kryterium, jakie sobie obraliśmy, było takie zaczytanie, że dziecko osoba na zdjęciu świata poza tekstem czy obrazkami nie widzi, uwagi na aparat nie zwraca (oj, wiem, jak ciężko zrobić zdjęcie dziecku, które najchętniej znalazłoby się po drugiej stronie aparatu, choć teraz Natek coraz częściej się zaczytuje).  Wybraliśmy takie zdjęcia, gdzie skupione miny czytelników sprawiały, że aż się nam chciało zajrzeć im przez ramię, siąść i z nimi czytać. Jest mi naprawdę ogromnie przykro, że nie mogę nagrodzić Was wszystkich. Obiecuję więc, że kolejny foto książkowy konkurs zaraz po Nowym Roku (tak, jestem masochistką), a tymczasem gratuluję zwycięzcom: 

Zestaw numer 1, czyli "Ale patent" i "Pionierzy" otrzymują: 



Zestaw numer 2, czyli "Bezsennośc Jutki" i "Syberyjskie przygody Chmurki" otrzymują: 

Zestaw numer 3, czyli "Strachy na lachy" i "Kota kameleona" otrzymuje:

 Zestaw numer 4, czyli "Drakę Ekonieboraka" oraz "Gratkę dla małego niejadka" otrzymują:

Zestaw numer 5, czyli "Cecylkę Knedelek i Boże Narodzenie" oraz "Srebrny szyling" otrzymują

 Zwycięzcom serdecznie gratuluję!!!
Wszystkim bardzo, ale to bardzo dziękuję za udział w konkursie, za Waszą moc zaczytania i piękne uśmiechy i zapraszam na kolejny konkurs.

Zwycięzców proszę o maile z danymi teleadresowymi
(dane adresowe +numery telefonów dla ewentualnego kuriera)
oraz numer zestawu, który wygraliście, żebym miała pewność, że niczego nie pomyliłam 
na mój adres email (marzenaj0@wp.pl), gdzie 0 to zero (bo może na tym polegały problemy z wysłaniem mi maila, tak sobie myślę).
Czekam do północy, potem wybieram nowych zwycięzców (bo zależy mi Kochani na czasie, by książki ucieszyły kogoś pod choinką). 

Raz jeszcze dziękuję wszystkim z wspólną zabawę - byliście wspaniali :)
***



   Kochamy czytać. W naszym domu wszędzie czuć książkową obecność. Poukładane w stosiki, pojedyncze, zakamuflowane wśród tysiąca i jednej prozaicznej sprawy. Przykryte klockami w pokoju Natana, poukładane równo na półce w pokoju dziennym, spozierające z kuchennego parapetu w oczekiwaniu na chwilę pomiędzy wrzuceniem kotletów na patelnie, a koniecznością ich obrócenia. O tak, nie wyobrażam sobie życia bez książek. Zawojowały nawet łazienkę. Kubek parującej kawy, gorąca woda, wzgórza piany, jakieś świece. Blokada na drzwi, zza nich wesołe głosy bawiących się Chłopaków. I już można zanurzać się w opowieść. To jest właśnie jedno z tych małych szczęść. Jest jeszcze inne. Wąchanie książek z Nim. Nie ma takiej książki, którą po otrzymaniu można ot, tak po prostu na półkę odstawić. Musi być inicjacja, trzeba poczuć jej zapach. Otrzymać obietnicę opowieści, z których każda pachnie inaczej. I w końcu wieczór. Ciepło i miękkość kołdry. Rozproszone światło lampki, delikatność rączki zaplątanej we włosy. Odpływanie w sen na pokładzie łódeczki, którą jest opowieść. 
   Świat bez książek sobie po prostu nie wyobrażam. Bez szelestu przewracanych kartek byłyby niepełne. Bez wieczornej lektury książeczki otrzymanej przecież od Mikołaja, to zupełnie nie byłoby to. Kilka z poniższych książek zapakowałam więc już dla Natka, niech czekają na tę radość, jaką wywołają po rozpakowaniu. A że radość się mnoży przez podział, mamy też coś dla Was. Mamy dla Was to wszystko, co poniżej. Takie cuda, to dzięki 5 wspaniałym elfom, które stwierdziły, że podarują Wam wiele cudownych chwil w druku zaklętych. Co chcą w zamian. Nic. Pragniemy tylko zobaczyć, jak bardzo mocno Wy kochacie czytać. 




Pionierów czytałam dość dawno temu, ale po dziś dzień twierdzę, że jest to książka wyjątkowa. Gdy Dzieciaczyna już do niej dorośnie - nie wyrośnie z niej nigdy. To książka z tych, co nie łapią kurzu - zawsze, ale to zawsze znajdzie się jakiś odbiorca. Tata okiem zarzuci, pomiędzy jedną budowlą z lego, a drugą. Dziadek do ogórkowej sobie poczyta (no jak wystygnie, zawsze można podgrzać przecież). Jeśli gdzieś zniknie - szukajcie na półce starszego brata, a jeśli to babcia nie zechce oddać jej wnukowi - wcale się babci nie dziwię. Ale patent to opowieść o najniezwyklejszych wynalazkach, jakie tylko ludziskom do głowy przyszły. To dla mnie nowość, zagości u Natka pod choinką. A ja już szykuję się na wiele chwil ciekawych odkryć - gdy w pośpiechu (w obawie, by mnie Syno nie nakrył) ją przeglądałam, najbardziej urzekła mnie lodowa płyta i pochłaniacz... nieprzyjemnego zapachu bąków. Czego to ludzie  nie wymyślą... 



 Wrażenia z lektury Syberyjskich przygód Chmurki opisywałam już na blogu (KLIK). Bezsenność Jutki przeczytałam. Oj, Kochani, co to są za książki. To opowieści o życiu, o bólu, cierpieniu. O wojnie, zesłaniu, życiu w getcie. Łzę wylejecie. Niejedną. A w sercu milion kłujących igiełek. I piękno, i mądrość i sens życia w nich jest. Uważam, że lektura tych książek będzie dla Waszych pociech najwartościowszą lekcją historii.  




Kota kameleona zaczęliśmy czytać podczas inhalacji wczoraj wieczorem. I co? Dzieciaka musiałam od opowieści odganiać, bo wyciszony, zasłuchany, o osiemnastej zasypiać mi zaczął. A byle jaka historia tak go nie wciąga. I te ilustracje, nie zliczę ile już westchnień, ile ochów i achów nad talentem Emilii Dziubak z ust moich wypłynęło. A jednak za każdym razem, gdy otwieram książki, nad którymi pracowała, czuję ten sam spontaniczny zachwyt. Natomiast Strachy na lachy to książka dreszczyk wywołująca. Chyba dla starszych dzieci - te małe mogą się jednak bać. No ale czytanie o tym, co w wielu kulturach straszyło i obrzydzało może być super zachętą do lektury dla rodzinnych, ośmioletnich "ja niczego się nie boję, też mi coś". 






Książka kucharska, w której warzywka mają oczy i wprost wskakują na talerz, czyli Gratka dla małego niejadka. Ilustracje - no boskie. Tak samo, jak i w Drace Ekonieboraka. Najwyższy znak jakości Emilii Dziubak. I słów po prostu nie znajduję, jak mądre są obie te książki. Promowanie ekologii w taki sposób sprawi, że niedługo będziemy pół miast w poszukiwaniu pojemników na szkło, plastik i makulaturę przeczesywać (tak, smutne realia; no w sumie ślepa jestem, ale w pobliżu nigdzie nie widziałam). Bardzo przekonywująca książka. I pełna zaskakujących faktów - odkąd przeczytałam, ile wody się marnuje podczas mycia zębów pod bieżącą wodą - zawsze zakręcam kran. Dorośli tez więc sporo się mogą nauczyć. No i jeśli jeszcze w Gratce uda się pani Emilii nakłonić Natan, ażeby zeżarło to to brokuła, to oznajmię, iż stał się cud. Obie te książki lecą do wora Mikołajowego dla Nacia. Kto jeszcze chciałby znaleźć je pod choinką? 

Tych książek nie mam u siebie w domu, ale jeśli mowa o Cecylce Knedelek  - czytaliśmy z Natkiem cztery inne książeczki z tej serii i polecam cała, bo warto. Zwariowane ilustracje Zenona Wiewiórki, sympatyczne teksty Joanny Krzyżanek i te smaki i zapachy, otaczające nas na każdej stronie. Tu będzie Bożonarodzeniowo, czyli mocno w klimacie. Szczerze? Aż Wam zazdroszczę. No a Srebrny szyling to taka rozczulająca klasyka. Ołowiany żołnierzyk bardzo wprowadza w atmosferę świąt, a Andersen, to przecież drodzy Rodzice nasze dzieciństwo. Przekażmy więc w pakiecie do tej historii naszym Dzieciakom wspomnienia. 

To jak? Które książki pragniecie opakować świątecznym papierem. Które marzy Wam się wertować, przeglądać i czytać w blasku choinki, pod miękkim kocem, łącząc to czytanie ze świątecznymi przytulasami i okruchami makowca? Co zrobić, by móc je powąchać? Koniecznie pokażcie nam, jak bardzo kochacie czytać:) 

Regulamin:
1. Pokaż nam jak bardzo Ty i Twoje dziecko (dzieci) kochacie czytać. Zdjęcia nie muszą być robione specjalnie do konkursu, możecie więc przegrzebać swoje archiwa i wyszperać zdjęcie, które najlepiej oddaje Waszą miłość do książek
- wysyłamy tylko jedno zdjęcie w dość dużym rozmiarze
- do zdjęcia proszę dołączy zgodę na publikację na moim FanPage'u - chcę puścić Waszą miłość do książek w świat, niech się inni nią zarażają (zdjęcia zostaną opublikowane w moim albumie na FB i nie będą używane do żadnych innych celów)
- w komentarzach pod tym postem możecie mi zasugerować, na które książki najbardziej ostrzycie ząbki (ale niczego nie obiecuję)
- zdjęcia wysyłamy na mój email: marzenaj0@wp.pl 
2. Lubimy, oj bardzo lubimy, i na Facebooku polubiamy WSZYSTKICH fundatorów nagród, czyli:
- Wydawnictwo Albus
- Wydawnictwo Jedność
- Wydawnictwo Literatura
- Wydawnictwo Dwie Siostry 
- Wydawnictwo Bis
3. Polubiamy mój FanPage na Facebooku - tam zostaną ogłoszone wyniki
4. Udostępniamy publicznie plakat konkursowy (będzie też na moim fanpage, na FB; wystarczy kliknąć Udostępnij) 
5. Zwycięzców będzie 5, każdy z nich otrzyma prosto pod choinkę dla swoich dzieciaczków zestaw 2 książek od jednego wydawnictwa, drukiem pachnących, do pokochania, poczytania
6. Wygrają osoby, których zdjęcia będą według mojej subiektywnej oceny najbardziej miłością do książek emanujące (nie oceniam dzieciaczków - każde dziecko jest przecież najpiękniejsze, nie oceniam prezentowanych książek - o gustach się nie dyskutuje)
7. Konkurs trwa do 15.12.2014 do godziny 23.59. Następnego dnia ogłoszę wyniki, tak, żeby książki dotarły do Waszych pociech prosto pod choinkę. 
8. Co można wygrać? Cuda:) 5 zestawów, w każdym 2 niesamowite książki od 5 wspaniałych wydawnictw:
Zestaw 1 - Wydawnictwo Dwie Siostry:
- Ale patent. Księga niewiarygodnych wynalazków 
- Pionierzy. Poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków
Zestaw 2 - Wydawnictwo Literatura:
- Bezsenność Jutki - Dorota Combrzyńska-Nogala
- Syberyjskie przygody Chmurki - Dorota Combrzyńska-Nogala
Zestaw 3 - Wydawnictwo Bis:
 - Strachy na lachy - Aneta Noworyta 
 - Kot kameleon - Joanna Wachowiak
Zestaw 4 - Wydawnictwo Albus:
- Draka Ekonieboraka - Eliza Saroma-Stępniewska, Iwona Wierzba, Emilia Dziubak
- Gratka dla małego niejadka - Emilia Dziubak
Zestaw 5 - Wydawnictwo Jedność:
- Cecylka Knedelek i Boże Narodzenie - Joanna Krzyżanek
- Srebrny szyling i inne zapomniane baśnie pana Andersena



Ja i moje elfy-wydawnictwa serdecznie Was zapraszamy i życzymy powodzenia! :)

piątek, 12 grudnia 2014

Przygody z książką: "Draka Ekonieboraka" - Eliza Saroma-Stępniewska, Iwona Wierzba; ilustracje: Emilia Dziubak




   Bo do dzieci można mądrze. Bo wcale, ale to wcale, książka dla dzieci nie musi być błahą 
opowiastką o kotku i piesku, i o kaczuszce. I jak ja się cieszę, że autorzy i wydawcy dawno już fakt ten zrozumieli. A teraz książki takie produkują (no tworzą właściwie, nazwać książkę "produktem" to wszak profanacja), że siadasz człowieku, żeby Berbecia tego zając na chwil parę, siadasz, czytasz wierszyk jeden, drugi i wpadasz w opowieść po uszy. I nie wiesz już sam w końcu, co najpierw robić - ilustrację chłonąc, rymem się zachwycić czy siąść i czytać, czytać, czytać... Bo dziecko to czytelnik wymagający o wiele bardziej niż dorosły. Żadne tam wodolejstwo nie przejdzie, a watę słowną Małe wyczuje z odległości kilometrów dwóch. Dorosły jak czyta, to do końca chce dobrnąć, opis przyrody pominie w takim "Nad Niemnem" dajmy na to i choć dialogi to przeczyta, a to zamyśli się nad sprawami dnia minionego i strony w tym zamyśleniu przewraca. Dziecko? Bynajmniej. U dziecka jest tak lub nie i nie ma nic pomiędzy. Na ilustracje spojrzy - 2-3 sekundy, decyzja podjęta - tak będę to czytać, lub nie, to mnie kompletnie nie interesuje i pac! książkę na półkę. I tyle, postanowione. To samo z tekstem - macie autorzy 2-3 pierwsze zdania lub wersy - nie zaciekawicie, pójdź cielę do obory. "Draka Ekonieboraka", jak więc widać na załączonych obrazkach, spełniła wszelkie normy i standardy "fajności". Mało tego stała się jedną z tych ulubionych, do czytania nawet w dzień, kiedy milion innych przyjemności zazwyczaj odciąga Bąbla od lektury. A matka? Jeszcze szczękę z podłogi zbiera po tym, co tam wyczytała. Bo tak, baba prawie 30-letnia doznała olśnienia czytając książkę dla dzieci. 




   Bo będzie tu dziś, drodzy Państwo, o łekologii. Ale nie o tej takiej co to do drzew się przywiązuje, nie tej co ratuje foki i ani słowa o Greenpace - to wyższy poziom, na to jeszcze przyjdzie czas. Póki co pozostajemy w sferze własnego podwórka. Wśród spraw Dzieciakowi dobrze znanych, wśród plątaniny kabli, nieopodal tych dwóch worków śmieci przygotowanych do wyrzucenia,  z rozjazgotanym telewizorem po prawej i pikającej mikrofalówce po lewej stronie życia. Powiedział ktoś kiedyś, że chcąc zmieniać świat, należy te zmiany zacząć od siebie. I ta książka, przytoczone w niej liczby, są tego żywym (no ok, ok - drukowanym) przykładem. 




   Bo nawet pojęcia zielonego nie miałam, że ta woda, co towarzyszy nam rano dziarsko przy porannym myciu zębów, jak towarzysz niedoli porannego wstawania, nie wiedziałam, że ta woda właśnie aż tak się marnuje. No z reguły nie myłam zębów przy odkręconym kranie, ale że jeślibym tak robiła, to za każdym jednym myciem zębów marnowałoby się 15 (!!!) litrów wody, w życiu bym nie powiedziała. Albo jedzenie - no wiadomo, że marnujemy, że kupujemy bezmyślnie, bez głowy żadnej, bo mam ochotę na to i na tamto, a jak nie teraz to może w sobotę wieczorem będę mieć i bęc do wózka chipsy, bęc batoników pięć, bęc sześc jogurtów, bęc dwie paczki czegoś tam jeszcze i dwa chleby, bo kto wie, czy aby goście nie przyjadą. No niech mi ktoś powie, że tak to nie wygląda. Pewnie, że wygląda, ale bez krępacji - tak robię ja, tak robisz Ty, tak robi on, ona, ono. No i spoko - spoko, dopóki w książce Syna (Córki) nie wyczytasz, że robi się tego zmarnowanego jedzenia 240 kilogramów rocznie (no wiadomo, mniej więcej) od każdej rodziny. A na świecie umiera z głodu około 15 tysięcy osób codziennie. Straszne są te liczby? Straszne! Ale skuteczne, oczy otwierają. 



   Oczywiście i rzecz jasna nikt nam nie każe fundować takich newsów czterolatkowi do poduszki. Książka jest tak świetnie pomyślana, by starczyła na lat wiele i miał z niej pożytek każdy z domowników. Dla Malucha są wierszyki - wszystkie dotyczą tego samego bohatera naszej książki, prześmiesznie stereotypowego, statystycznego Polaka z wąsem, który pozbierał nasze narodowe wady i przywary i na swym grzbiecie je dźwiga. Za karę dla kapiącego zlewu odkręca go na całego, włącza wszystkie urządzenia w domu, żeby mu burczały do towarzystwa, rozrzuca papierki po cukierkach, jeździ terenówką do kiosku, a zepsute meble tarabani na polanę. I te wierszyki są tak bardzo rytmiczne, tak zabawne, a jednocześnie mądre, nie smęcą, a uczą. I zawsze, ale to zawsze złe postępowanie obraca się jako naturalna konsekwencja przeciw Ekonieborakowi, z czego dla dzieci płynie pośrednio nauka. Bez palcem kiwania, bez moralizowania i wcale nie nudno. Można? Można!



   I tak pomiędzy tymi wierszykami, które mój Natan nota bene uwielbia (a ja do niedawna uparcie prozę mu serwowałam, swoim gustem się kierując) mamy pozamieszczane strony z praktycznymi informacjami, schematami, poradami, instrukcjami i zagadkami. I nadal jest to utrzymane w lekkim, zabawnym tonie, nadal jest to do się pośmiania i podziwienia, a cała "cięższego kalibru reszta" to druk. I jest on może nawet bardziej dla nas, dorosłych, niż dzieci, byśmy mieli motywację do tego śmieci segregowania, do tego oszczędzania nie tylko dla mniejszych rachunków (ale o tym też nas Profesor Sumienie informuje), ale przede wszystkim dla czystszego świata. Bo kto, jak nie my pokaże dzieciom, że można inaczej. A wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie. To nam trzeba mówić, nas informować - a w naszych rękach już to, by dzieciom segregowanie odpadów czy sprzątanie po zwierzakach było czymś tak oczywistym, jak oddychanie. 






 Wydawnictwo Albus się postarało. Autorki się postarały, o ilustratorce już nie wspomnę. Książka nawet formą mówi nam o oszczędzaniu - w tym przypadku papieru - jest treścią po brzegi zadrukowana. I to jak zmyślnie. I to jak ładnie. Pierwsze co wzrok przyciąga to niesamowite ilustracje Emilii Dziubak (a jednak wspominam o ilustratorce ;) No cóż, wybaczyć mi trza, kocham prace tej pani). Przyroda, która zakwita spod jej kreski, jest tak piękna, tak żywa i tak niesamowicie witalna, przekonywująca, że od samego patrzenia człowiek sumienia nie ma potem tego papierka rzucić, żeby cudu takiego nie zniszczyć. Sumienia nie ma na to trawki źdźbło sobie wdepnąć. I przewracasz te strony i czujesz te jędrne liście pod palcami, chłód zacienionego parku dreszczykiem ci się na plecach kładzie, ptak ci do ucha rozkosznie kwili. A tu wtem podjeżdża terenówką jeden taki... Ekonieborak, żeby go @^*^!!^0!!!. I ptaszka płoszy, park ci zasmradza... No tak oddziałują na czytelnika te ilustracje, że nawet stertom śmieci się tu przyglądasz z uczuciem estetycznego rozanielenia, bo taka poetyczna ta skórka banana/rybia ość/zmięta gazeta; taka sympatyczna zużyta bateria. Ja tam osobiście tak przepadam za jej twórczością, że niechby tu sobie o fizyce kwantowej po starocerkiewnosłowiańsku pisano, kupowałabym w ciemno, byle się tylko napatrzeć. I podobną tendencję z radością u Natka odnotowałam. 
Książka rewelacja, polecamy gorąco!!!



A jeśli chcecie stać się szczęśliwymi (no bo to tyyyyle szczęścia przecież) posiadaczami ów pięknej i mądrej książeczki 
to KLIKajcie czym prędzej i bierzcie udział w konkursie. 
Bo zostało tylko, o mateczko!!!, 3 dni, 
żeby o nią ( i nie tylko) powalczyć, a zegar tyka: tyk-tyk. 
Zapraszamy!!! 


Za książkę serdecznie dziękujemy Wydawnictwu ALBUS, które funduje Wam też piękne nagrody w KONKURSIE 

Post powstał w ramach projektu 

wtorek, 2 grudnia 2014

Zrób to sam: Śnieżna kula

   Dziś kartka z Natankowego kalendarza adwentowego. Są w nim same zadania, mające przybliżyc mu duchowy wymiar świąt, pokazac ich magię, zbliżyc do siebie całą rodzinkę. To ostatnie udało się nam znakomicie, bo przez dobre dwie godziny, z całym zaangażowaniem i o bożym świecie zapominając oddaliśmy się wykonywaniu zapisannego na karteczce zadanka. Największą frajdę miał z tego oczywiście Tatuś. A co robiliśmy? Własnej roboty śnieżne kule. Jeśli też macie ochotę się tak pobawic (a gorąco polecamy :)), to zdradzam Wam nasz sposób. 

 Będą potrzebne:
* stare słoiki po babcinych przetworach lub powidłach, najlepiej w jakimś fajnym kształcie,
* figurki świąteczne (ceramiczne, gipsowe lub plastikowe)
* klej (typu super glue)
* brokat
* "anielski włos"
* małe srebrne, połyskliwe ozdoby (u nas gwiazdki)
* skrawki łańcucha świątecznego
* nakrętki (ażeby przyczepić figurkę do zakrętki słoika)
* woda
* cerata lub kawałek materiału, by owinąć zakrętkę słoika, 
* gumka recepturka,
*opcjonalnie sztuczny śnieg w spray'u (obejdzie się bez niego, ale efekt jaki daje jest niesamowity). 





 My zaczęliśmy od przyklejenia figurek klejem do zakrętek (od żurawiny he he, klimat świąteczny jak najbardziej utrzymany). Mąż zapamiętale ciął "anielski włos" na konfetti, a Natan wciąż dopytywał, czy już, właśnie teraz, ma wsypywać brokat;) 


 Następnie zakryliśmy łobrzydliwe plastikowe nakrętki kawałkami świątecznego łańcucha. Polecamy kolor biały - do złudzenia przypomina to bałwanka i Mikołaja drepczących po śniegu. Potem (wreszcie :)) wsypujemy brokat, wrzucamy srebrne confetti i ozdoby, które mają nam pięknie wirować po potrząśnięciu. I już. Lejemy wodę i zakręcamy:) Aha, warto wlać wodę nad zlewem do oporu, a potem wkładać figurkę - uniknie się wtedy zamykania powietrza w słoiku co wygląda mało estetycznie (to rada Męża, który odkrył dziś swoje powołanie, jakim jest produkowanie kul śniegowych. Myśli nawet o produkcji hurtowej;)).




 Potem zostaje już tylko dokładnie wytrzeć nasze kule, pomachać nimi testowo of kors i zabezpieczyć ceratą lub jakimś materiałem zakrętki słoików, co przy okazji dodaje im uroku. Wyglądają jak magiczne, świąteczne weki. Uroczo:) 



 Można jeszcze spryskać je śniegiem w spray'u - ja polecam, wyglądają jak takie prosto z mroźnej, wigilijnej nocy. Przysięgam, aż słychach jak mróz trzaska. W tym przypadku należy je pozostawić na noc do wyschnięcia. A potem można tego dotykać, ale przy najmniejszym pociągnięciu palcem śnieg niestety schodzi (to taki minus).

 Nasze kule będą prezentami dla wszystkich naszych Kochanych Świętych Mikołajów, którzy podarować zamierzają Natkowi prezenty - takie jego małe serduszko w dowód wdzięczności. Staną więc na regałach, parapetach czy ławach jego babć, cioć i chrzestnych. A nawet sąsiadek. Ojej, trochę ich naprodukować będzie trzeba, ale nic to zabawa świetna i jakie wspomnienia.

Jak Wam się podobają nasze kule? Zrobicie własne? Jeśli tak bardzo, ale to bardzo proszę o zdjęcia :) Chętnie zobaczę :) 



Wpis powstał w ramach akcji: