sobota, 29 listopada 2014

Szaleństwa w Hula Parku

   Za oknem mgła, tylko ziąb i deszcz. A dla mnie... nie, nie jest tak ciepło, przytulnie i romantycznie jak w dalszym ciągu tekstu tej piosenki. Dla mnie, matki, to mega wyzwanie, co z Dzieciakiem robić, co mi już wszystkie puzzle poukładał, całą kolorowankę zamalował, pociągami po torach milion razy już pojeździł i teraz smętnie mi się po kątach snuje. Wyglądamy za firankę - żeby choć dwa, dwa malutkie, zabłąkane promyki słońca. I od razu na dwór lecimy. Ale gdzie tam. Ani jednego promyka słońca nie ma nawet. To zaglądamy drugi raz, po śnieg. Bo jakby padał, to zaraz bałwan, śnieżki, sanki. Zajęć milion by się wtedy znalazło. Hulało by się aż do policzków całkowitego zaróżowienia. Ale o śniegu to sobie pomarzyć możemy... Raz się pokazał, wieczorem. Chwilę pomarudził, niby to popadał, naobiecywał i tyle go widzieli. To co robić, co robić??? 
   I kiedy czuję że za jedną jeszcze chwilę w tych czterech ścianach z tą smętną Dzieciorzynką oszaleję totalnie. Kiedy czuję, że jak on mi jeszcze raz jęknie przeciągle: Nuuuda mamoooo, to ja zwariuję, wybiegnę z chałupy i gdzie mnie nogi poniosą polecę. To wtedy właśnie nagły błysk, jak ta żaróweczka nad głową w kreskówkach mi się zapala. Sala zabaw. No tak! No przecież!!!




   Sale zabaw to świetna alternatywa dla placów zabaw. Dla ukiszonych w domu rodziców z ukiszonym w domu dzieckiem to totalna rewelacja wręcz. My tego typu miejsca odkryliśmy już dość dawno temu, pewnej dżdżem siąpiącej wczesnej wiosny, kiedy nasze jakoś dwuletnie Dziecię głupawki od siedzenia w domu już dostawało. A pokłady niewyhasanej energii groziły eksplozją. No to wrzuciliśmy go do takiej sali jednej i masz Natku szalej do woli. No i  Małe nam przepadło. Wzięliśmy dwie godziny i dwie godziny dziecka nie było. I mogliśmy nawet się kawy gorącej spokojnie napić. Mogliśmy, ale się nie napiliśmy. Ale, że czemu? Bo szaleliśmy razem z nim. 


Tym razem po raz pierwszy poszliśmy do innej sali w naszym mieście. Bo ja wierna tamtej byłam. Koleżanka mnie namówiła, że niby lepsza niż tamta, że jej się bardziej podoba. No i co? No i powiem Wam, że super. I tu super i tam super. Zależy czego się oczekuje. Jeśli chcesz siąść, ze znajomymi pogadać i na Małe bawiące się dyskretnie pozerkać, no to tu. A jeśli masz ochotę polatać razem z Potomkiem aż ci pot po pewnej części ciała pocieknie, to tam, tam i jeszcze raz tam. 
Wiem, że moje tu i tam niewiele Wam mówią, bo w różnych miejscowościach jest różnie, wniosek jednak można z tego wysnuć następujący - jeśli gdzieś kiedyś byliście i to miejsce Wam totalnie nie podeszło, to może warto poszukać gdzie indziej. Bo naprawdę moim zdaniem warto do takich miejsc z Bąbelem się wybrać. A dlaczego? Co mi się tam tak bardzo podoba? Ano po pierwsze, primo, jest to naprawdę fajna rozrywka dla całej rodziny. Idąc z maluchem możemy uczyć go pokonywania różnych przeszkód, jakie staną na jego drodze we wszelkich "małpich gajach", labiryntach i torach do wspinaczki. Nie zapomnę radochy, jaką miał Nacio, gdy pierwszy raz, sam całkowicie zjechał krętą zjeżdżalnią w kulki. Toż to była heca nie mniejsza niż Ameryki odkrycie. Bo jaki to on dzielny, jaki odważny. Po drugie, w zależności od tego, jak są wyposażone sale, Malec, który lubi w międzyczasie zamienić aktywność fizyczną na tę dla małej główki. W tej sali, w której byliśmy, podobnych cudowności, jak na zdjęciu poniżej było pod dostatkiem. i powiem Wam, że wcale to nie były jakieś banalności, bo póki jedną z nich matka rozkmniniła to sporo czasu minęło, serio, serio. Jednak mój Natan nie należy do tych, co jakoś mocno by się myśleniem przejmowali, gdy można wejść wysoko, gdzieś wskoczyć czy pobiec. I tu kolejna zaleta takich sal - jeśli oczywiście dobrze traficie, nam się zawsze jakoś w tej materii szczęści - Dzieciorzyna może zawrzeć tam nowe przyjaźnie, a przynajmniej interakcji z Maluchami innymi doświadczyć. No jeśli o jakość tych interakcji chodzi, to jak z życia wiecie, tu bywa różnie. Jednak mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na świetnych chłopców, którzy tak się z Natkiem skumali, że Syno zapomniał, ze na gwałt do zabawy Rodzice są mu potrzebni. Przepadł gdzieś pod sufitem, strzelając z dmuchaw na udawanej wojnie. Miał pomocnika, w osobie kolegi, który mu amunicję z dołu przynosił (bo starszy na oko był trochę i czepianie się jakoś sprawniej mu szło) i okopy z piankowych elementów budował. I tylko jeden był według Nacia minus tej znajomości, który to Małe mi podczas wieczornej kąpieli z przejęciem wytłuszczyło:
- Bo mamo on trochę nie był fajny... 
- A czemu to? - z przerażeniem, że coś przeoczyłam, pytam.
- Bo ja mu powiedziałem, że się Natan M. nazywam. I ciągle mówiłem. A on ciągle zapominał.
- Oj. A jak on się nazywał? Mówił Ci ten chłopczyk? 
- No mówił. Ale wiesz co mamo... Chyba zapomniałem.




Podoba mi się tam jeszcze zabezpieczenie wszystkiego, no prawie wszystkiego, w ten sposób, że żeby zrobić sobie krzywdę, dziecko musi się naprawdę bardzo postarać. Wszystkie słupy osłonięte pianką, poosłaniane kaloryfery, ba, nawet rogi na stolikach w strefie rodzica mają osłonki. Czyli naprawdę bardzo przemyślanie, odpowiedzialnie i z troską o dziecko. Wszystko to, co sprawia, że na placach zabaw matkowe głowy, jak radary jakieś, non stop o 180 stopni się obracają, żeby to sobie oka nie wykłuło, łebka nie rozbiło czy kolana nie rozcięło. Tu totalny relaks. Poza tym to naprawdę fajna rozrywka za niewielkie pieniądze. Za dwie godziny takich atrakcji płacimy jakoś lekko ponad 20 zł, więc no grosze to są. A płacimy tylko za Bąbla, dorośli wchodzą za darmo. Raz weszliśmy w cztery dorosłe osoby plus Natan i płaciliśmy tylko za Malucha, więc no darmoszka. A rodzic może prawie wszędzie wejśc za dzieckiem, podwieszane labirynty i zjeżdżalnie, kulkowe strzelnice - to wszystko ma podobno udźwig do 110 kg, więc hasają wszyscy. 


Minusy?A no też by się ich kilka znalazło. Jeden całkiem poważny - miliony oczojebnych podświetleń, szaleńczo migających światełek, wściekłych neonów rodem z jakiegoś makabrycznego lunaparku. Ja się pytam - po co to? Toż to wymęcza - jeśli bez tych "dekoracji" dzieciak nie miałby dość po dwóch godzinach i rodzice może wzięliby mu trzecią, to w takim wizualnym harmidrze i tysiącu bodźców, Natan po wykupionym czasie pokornie z placu wychodzi, zmęczony zabawą, ale też agresywnym przyciąganiem uwagi, bo... I tu punkt drugi polityki sal zabaw, do którego nastawiona jestem mocno anty - to utkanie przestrzeni maszynami z cyklu "wrzuć monetę". No od groma tego jest. I pewnie, że można nie korzystać i my nie korzystamy często. I nasze dziecko nawet się o to nie upomina. I tak, ja wiem, ze diabeł niskiej ceny tkwi w tym, że ludzie zostawiają w tych urządzeniach spore pieniądze, wiem, że to się firmie opłaca, ale to takie trochę dla mnie nie halo. 




Reasumując - bawiliśmy się świetnie. Dwie godziny takiej naprawdę super rozrywki, dwie wspaniale spożytkowane godziny, pełne zabawy. Dodając do tego czas na dojazd i powrót robi się z tego spora ilość rodzinne, wspólnie spędzonego czasu. Takiego, kiedy jest się naprawdę razem. Tym razem matka latała trochę z aparatem, by wspomnienia uwiecznić. Następnym razem aparat zostaje w domu. A ja hasam w podsufitowych przestworzach z moim najwspanialszym Aparatem. Wam też polecam:)