czwartek, 16 października 2014

Przygody z książką # 2: Wiersze dla dzieci - Julian Tuwim

   Prawda jest taka, że miała tu dziś, a właściwie wczoraj, gdyż post pojawił się z lekką obsuwą, wystąpić zupełnie inna książka. Jaka? Nie zdradzę :) Jeszcze będziecie mieli okazję o niej poczytać. Jednak Tuwim pokrzyżował moje plany z właściwą sobie przekorą. Książka wkradła się całkowicie przypadkowo do naszego życia, wygrzebana w osiedlowej księgarni, kiedy to mieliśmy nic nie kupować i wpaść tylko na targ po marchewkę i buraki. Do domu wróciliśmy z... rzepką. Tą tuwimowską. 

Poprzednim razem zaserwowaliśmy Wam historyczną i wspomnieniową, ciut biograficzną książkę dla dzieci, tym razem, dla zbalansowania zapraszamy Was, więc na poezję. Taką z mocnym przymrużeniem oka i filuternym uśmiechem. Dla wielu, dla mnie przyznam też, choć ja jakoś zawsze wolałam baśnie i opowieści prozą pisane, będzie to zapewne powrót do dzieciństwa. 

   
Ja zakochałam się najpierw w ilustracjach. Piękne, dynamiczne, kolorowe, pełne humoru. Zwariowane i mega, ale to mega sympatyczne. Miałam jakoś wrażenie, że ja je skądś znam. I tak patrzyłam i szukałam i... tak, tu się uśmiech pod tytułem "no jakże ja się nie zorientować mogłam" mieszany z "no przecież" pojawił. Wszakże to kreska Macieja Szymanowicza, znanego nam już z... poprzedniej lektury "Syberyjskich przygód Chmurki", o których pisaliśmy w poprzednim poście. I tak mi się jakoś swojsko zrobiło, tak u siebie. Jednak muszę stwierdzić, że "Wiersze dla dzieci" pełne są śmiechu, radości, przekory, które aż tak wyczuwalne w "Przygodach" nie były. Myślę, że to kwestia oczu postaci, które tam, niczym lustra odbijały zawarte emocje i tematykę. Elastyczny więc to artysta. Aha, i jeszcze jedno - jak dla mnie Szymanowicz mógłby tylko pociągi rysować, a ja bym oglądała i zachwycała się. Bo te maszyny wychodzą mu wybornie. Nad ilustracjami do wiersza "Lokomotywa" spędziłam wiele chwil - przepadłam i się zachwycałam z Natanem. Lub sama. No bo powiedzcie sami - czyż nie są piękne te ciuchcie? No są. Są magiczne.


Nawet się nie spodziewałam, ile radości i uśmiechu wniesie ta książeczka do naszego domu. I nigdy bym nie pomyślała, że Nati będzie nią tak zafascynowany. Jest wieczór, niedługo będziemy się szykować do kąpieli, Natek jeszcze ostatnie budowle z lego (jego nowa miłość) tworzy, a ja się obok położyłam i czytam na głos "Rzepkę". Czytam, czytam. Dochodzę do momentu "Traaach! Wszyscy na siebie poupadali", a moje dziecko, lego w kąt i pokaż, pokaż, z zaciekawieniem się na mnie ładuje i książkę do siebie przysuwa. I długo jeszcze w nocy szeptane w poduszkę niczym mantry krążyły wokół nas ciche słowa: "Ciągną i ciągną, wyciągnąc nie mogą" oraz "Oj, psydałby się ktoś na psycepkę". I nawet podczas robienia zdjęc do tego posta Natan, nie tak jak zwykle, interesował się aparatem i wszystkim wokół, ale właśnie nad wyraz skupiony nad książeczką przysiadł, obrazki oglądał i "Cytaj, cytaj" się domagał. "Ty mi wcale nie cytas" - tak, że miłość ogromna. 



Przyznam szczerze - nie doceniałam poezji, o ile poezją nazwać te wierszowanki można, w literackim uwrażliwianiu dziecka. A przecież to wspaniałe wprost narzędzie do nauki rytmu, do ćwiczenia pamięci, do zabawy w czytanie z podziałem na role, do sztuk teatralnych w domu odgrywania, ba, nawet do komponowania własnych melodii pod tekst tego czy innego wierszyka i radosne wyśpiewywanie podczas spaceru w parku czy wyprawy po zakupy. Nie wiem, dlaczego dotąd traktowałam wszystko co rymowane po macoszemu jakoś - wiem jednak, że czas to zmienić i odtąd z pewnością często się z wierszykami tego czy innego poety dla dzieci na naszym blogu spotkacie. Wam też polecam najgoręcej - jeśli tak jak ja macie wobec wierszyków obiekcje - zacznijcie choćby od tej książeczki. 



Wśród feerii kolorów i korowodu przezabawnych postaci w podróż zabierze Was znana chyba wszystkim "Lokomotywa", która wagonów ma ze czterdzieści, a co się w nich mieści to zależy tylko od Was. Poznać będziecie tu mogli "Zosię Samosię", która wszystko sama, a jeśli ją znacie - będzie to okazja, by tę znajomość odświeżyć. Spotkacie sympatycznego, aczkolwiek łobuzowatego nieco "Murzynka Bambo" (odnośnie tego wierszyka miałam pewne wątpliwości, czy on poprawny życiowo jest, postanowiłam jednak w paranoję nie popadać i podtekstów nie generować - czytamy i mówimy za każdym razem - "Ale ten Murzynek fajny"). Pomarzyć i o łakociach pofantazjować można tu z "Dyziem Marzycielem" - polecam, cóż jest dziś lepszego, niż walnąć się wśród liści i wpatrywać w niebo, toż to luksus istny jest - i znów wspomnienie dzieciństwa, zapach siana i wypatrywanie kształtów obłoków... hmmm, rozmarzyłam się. "Ptasie radio" to z kolei wymarzony materiał do ćwiczeń - logopedycznych, dźwiękonaśladowczych - dla każdego coś pożytecznego. Ja osobiście lubię go jakoś najmniej, bo ćwierkanie i lolanie dziesięć razy dziennie to nie jest jednak to, co kręci mnie najbardziej - za to ptaki na ilustracjach - boskie. 

Co dalej? Dalej "Idący Grześ" zaprosi Was na spacer przez wieś. Jeśli poprosi Was o pomoc w niesieniu worka - sprawdźcie koniecznie, czy nie ma dziury. Pogłaszczcie "Kotka", tylko ciii, nie budźcie go - mleczko mu się śni. Pomóżcie szuka "Okularów" panu Hilaremu - może Wy szybciej się zorientujecie, gdzie są i nie będzie trzeba policji wzywać. No i słynna "Rzepka" - szybko biegnijcie, chwytajcie wnuczka, wołajcie Mruczka, bo koniecznie potrzebni jesteście na przyczepkę. Bez Was nici z chrupania rzepki z kawałkiem chlebka. Powypatrujcie "Spóźnionego słowika" wraz z jego zmartwioną żoną projektującą coraz to czarniejsze scenariusze (może podniesiona na duchu zaprosi Was na ucztę - zupa z muszek, czyż to nie brzmi smacznie?). No i w końcu, jeśli nie zapomnicie, złóżcie wizytę "Słoniowi Trąbalskiemu", tylko pamiętajcie, by powiedziec mu, że... że... Nie pamiętam, zapomniałam. 
Polecamy, polecamy - na chwilkę wytchnienia z kawką i kubkiem kakao w ciągu dnia, na spacer po parku, na dłuższą i krótszą podróż, jako tło do wielu zabaw, jakie tylko przyjdą Wam do głowy, do śpiewania i do grania, do poduszki i o poranku, zaraz po wstaniu. Te wierszyki są ponadczasowe, uniwersalne, bardzo zabawne i sympatyczne. Rymy potrafią omotać, a o grafice pisałam już tak wiele, że chyba nie muszę dodawać - samo dobro. 
Post powstał w ramach projektu blogowego
Inne posty w ramach projektu:
1. Syberyjskie przygody Chmurki - Dorota Combrzyńska-Nogala - książka historyczna, biograficzna, wspomnieniowa

środa, 1 października 2014

Przygody z książką # 1: Syberyjskie przygody Chmurki - Dorota Combrzyńska - Nogala


    Gdy tylko oczami pierwsze litery tej książeczki przebiegłam, wiedziałam już - łatwo nie będzie. To jedna z takich książek, z takich historii, kiedy dorosły, widząc w oczach dziecka zdziwienie mieszające się ze strachem, widząc groźbę majaczących łez, zaczyna się wstydzić za to, że ten świat jest właśnie tak okrutny, pełen cierpienia i bólu, tak po brzegi niesprawiedliwością wypchany. Że myśmy tak go urządzili. Ale jednocześnie byłam więcej niż pewna, że warto. Że warto w to brnąc, warto szukać odpowiedzi na te bardzo ciężkie pytania o kwestie fundamentalne. O życie, o wojnę, o stratę. Bo to jest opowieść o historii i o prawdzie. A przecież tego nie wolno przed dzieckiem ukrywać, nie wolno separować go od świata, bronic do niego dostępu złu, choćby nie wiem jak się chciało. Nie, synku, choć serce boli, chodź, powiem Ci jaki jest ten świat - i wtedy zrozumiesz, dlaczego własnie tak piękny. 
  

   Długo się zastanawiałam, czy nie za wcześnie; czy niespełna czterolatek zrozumie. I wiecie co? I doszłam do wniosku, że nie, nie zrozumie. Że jakim cudem, skoro nawet ja nie rozumiem. Czy ktokolwiek jest w stanie zrozumieć wojnę, przemoc, mord? Pastwienie się człowieka nad drugim człowiekiem? Zaczęłam więc po prostu czytać. Czytałam, oddawałam się historii, nieraz z ciekawością, czasem ze skrępowaniem i czekałam na pytania. Na razie nie wiele się pojawiło, ale oznacza to, że jest to powieść na lata - za każdym razem podczas jej lektury dziecko będzie miało okazję wzbogacić się o nową porcję wiedzy, zrozumieć nowe niuanse i zawiłości historii. Ale przede wszystkim otulić się w ciepły koc, sięgnąć po kubek z gorącą czekoladą stojący tuż przy kubku kawy mamy, wtulić się w nią i słuchać.  Słuchać o innym dziecku, które takiego szczęścia nie miało. 


    Wojny dorosłych, historie dzieci wydane nakładem Wydawnictwa Literatura to jedyna chyba taka seria powieści historycznych, a zarazem wspomnieniowych dla dzieci. Coś przewartościowego, przemądrego i jeszcze jak cudnie wydanego. Po lekturze "Chmurki" wiem, że na naszej półeczce musi, po prostu musi znaleźć się cały ten cykl, i że będzie to jedna bodajże z najlepszych, najbardziej do dziecka trafiających i zapadających w jego pamieć lekcji historii, jakie będzie mu dane kiedykolwiek otrzymać. Nie ma tu miliona suchych, niewiele mówiących nam dat - zamiast tego autentyczne wspomnienia kobiety, która spędziła pięć lat swojego życia na wygnaniu w mroźnej i bezlitosnej Syberii. Nie ma tu czerni i bieli typowych dla fotografii dokumentujących przeszłość - tu rządzi kolor, radość, piękno przyrody - bo takie było mimo wszystko jej dzieciństwo. I to chyba wywołuje jeszcze większy smutek, bo kiedy się wejdzie w druk, kiedy otuli się opowieścią, kontrast jest wręcz bolesny.

  
 Chmurka, czyli Anna Szywakowska-Michalska, to postać autentyczna. Fabuła książki Doroty Combrzyńskiej-Nogala to zbeletryzowane wspomnienia tej pani. Czytając tę książkę czułam się tak, jak kiedy w dzieciństwie siadałam przy strzelającym ogniem piecu i międoląc w buzi chleb z cukrem, prosiłam prababcię: "Babciu, a poopowiadaj mi o wojnie". Tu również prym wiodą gawędy, wspomnienia, których czas nie zdołał zatrzeć. Pełne magii dzieciństwa wbrew wszystkiemu. Czuć autentyczność, czuć emocje, czuć radość i ból w tych zaklętych w druku słowach. Chmurka, a czasem jej ciotki i babcia, czy mama, z którymi znalazła się na wygnaniu w syberyjskim kołchozie opisują bardzo dokładnie okoliczności, w jakich się tam znalazły - jako, że dziadkowie Chmurki posiadali hutę szkła Niemen i zatrudniali w niej wielu pracowników, po przejęciu władzy przez komunistów obwołano ich wyzyskiwaczami i wrogami publicznymi, mężczyzn gdzieś "zniknięto", kobiety zaś skazano na 25 lat wygnania w głąb rosyjskiej tajgi. Dwutygodniowa podróż pociągiem w katastrofalnych warunkach, odebranie całej własności, ciągły głód, chłód i poczucie niesprawiedliwości, wszystko to przewija się mimochodem i umyka gdzieś w dal wobec opowieści o zabawach z przyjaciółmi i szczęśliwym, mimo wszystko, dzieciństwie. 


   Czy można być szczęśliwym mając za zabawkę jedynie wypchanego trocinami misia i czarną lalkę oraz szklane jajo wielkanocne? Otóż, jak się okazuje, można być bardzo szczęśliwym. Bo lata spędzone na Syberii wspomina dorosła już Chmurka z taką nostalgią i sentymentem, jak się wspomina najpiękniejsze chwile w życiu. Kiedy ma się mało, człowiek uczy się doceniać. Nie pragnąc, ale cieszyć się. Z małych rzeczy się cieszyć uczy i doceniać moc przyjaźni. Niejednokrotnie włos mi się na głowie jeżył, kiedy czytałam o jadłospisie, jaki był tam standardem, a w którym potrawka z kota i surowe jaja wykradzione czajce jawiły się dzieciom jak nie wiem jakie rarytasy. Nieraz za głowę się łapałam czytając o zabawkach i zabawach, jakie dzieci Filipowów (rodziny, z którą dziewczynka i jej opiekunki dzieliły mieszkanie) i ona sama sobie wymyślały. Nie potrafię sobie wyobrazić, że moje dziecko jeździ na słynnych katkach zrobionych przez Iliję z deski i ... polanego wodą i uformowanego na kształt siedziska, krowiego łajna. Lecz może, gdybym tam wtedy była, sama bym się do nich przyłączyła, bo jak zapewnia Chmurka, zabawa była tak przednia i dzieci się w niej tak zapamiętały, że pochorowały się z wyziębienia na zapalenie płuc. Co zresztą wyleczono ziołami, bo żadne lekarstwa dostępne tam nie były.



   Katki to tylko jedna z zabaw, które czytelnika mogą zszokować, ale jednocześnie dobitnie dać do zrozumienia, jak ciężkie i nieprzyjazne to było miejsce i czasy. Innymi sposobami dostarczenia sobie przez dzieci rozrywki było inscenizowanie oblężenia Stalingradu za pomocą patyczków i słomek czy zabawa w śmierć babuszki, podczas której, wśród wszechobecnego lamentu, Chmurka osiągała stan pewnego rodzaju katharsis wobec nieszczęść, które stały się jej udziałem. W zabawach tych wyraziście pobrzmiewają echa czasu. Jakże to inne, niż obecne planszówki czy lego... Jakże naznaczone historią i obyczajowością, a mimo wszystko dające radość. To własnie magia dzieciństwa - cokolwiek by się nie działo, dzieci umieją byc szczęśliwe. 


   Wiele tu historii, liczne są przemilczenia i niedopowiedzenia, które wyłapie dorosły czytelnik, o które spyta starsze dziecko, a młodsze nie przywiąże do nich zbyt wielkiej wagi, ciekawe może katek, a może techniki łowienia rybek w gacie. Nieważne, nieistotne. Bo nie historia jest tu najważniejsza, jest tylko tłem. Tłem dla dzieciństwa. Co bardzo mi się podobało, to to, że wszystkie wydarzenia poznajemy tu z perspektywy kilkuletniej dziewczynki, której domem i źródłem wspomnień stała się Syberia. Obserwujemy proces jej asymilacji, naukę języka rosyjskiego, który był jej językiem naturalnym, często potem automatycznie wtrącającym się do polszczyzny, szczególnie w sytuacjach rozemocjonowania. To takie ciut inne spojrzenie na kwestię zsyłek. Nie, nikt nie stara się tu tej polityki komunistycznej zrehabilitować, a gdzieżby. Pokazuje natomiast, że tam dom twój, gdzie dzieciństwo twoje i uświadamia, jak bardzo kształtują nas najmłodsze lata naszego życia. 


   Jeszcze o ilustracjach słów kilka. Piękne są, to widać. Dopracowane. Zabawne, a jednocześnie majestatyczne kiedy trzeba. Magiczne, ale też oddające cały nagi naturalizm, bez przesłodzenia, zupełnie tak samo, jak tekst, jak ta opowieść. Nie znałam dotąd kreski Macieja Szymanowicza, ale stwierdzić muszę, że bardzo mi się podoba. Niby to dziecinne, to malowania, ale widać tu groteskę. Twarze umieją oddać emocje, a oczy prawdę. 

***
Post powstał w ramach projektu blogowego

Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literatura