czwartek, 25 lipca 2013

Być czy myć? ... Piec! (tartaletki)

   Chcę Go nauczyć czerpać przyjemność z rzeczy prostych, codziennych i prozaicznych. Chcę Go nauczyć chwytać chwilę, rozkoszować się nimi... Chcę Go nauczyć się zatrzymywać, też się czasem przy okazji zatrzymując. Czy sama to umiem? Uczę się. Razem się uczymy. 
   Zatrzymanie w pędzie codzienności to luksus - ostatnio polubiłam sobie na niego pozwalać. I choć w mojej głowie kołaczą się te wszystkie nie nastawione prania, nie pościerane kurze i nie poprasowane koszule, coraz częściej odwracam się w ich stronę z uśmiechem w ust kącikach i przyłożonym do nich wskazującym palcem. Cicho tam, ciiiii... Mój Syn rośnie, każda chwila jest niepowtarzalna, każda jest ważna; w każdej coś, co zwykłe i niezauważalne dla mnie, staje się dla Niego objawieniem. A ja, pozornie tak bliska, nie zauważam tego między deską do prasowania a brzegiem zlewu. Dość!!!
   Pragnę dać Mu najpiękniejszy prezent, jaki rodzic może dać Dziecku - swój czas i uwagę. Marzę, by Mu to dawać bez wyrzutów sumienia. Chcę dla Niego zdefiniować Dom używając słów "ciepło", "zapach", "bezpieczeństwo", "miłość" czy "wsparcie". Bo przecież teraz właśnie tworzymy wspomnienia. "My home is my castle" - pragnę dla Niego takiego właśnie poczucia. I choć jest rutyna, jest irytacja, zniecierpliwienie czy zmęczenie po prostu. Choć czasem podniesionym głosem, czy krzykiem tłumię jego nieposkromioną dziecięcą ciekawość (tak, biję się w piersi: moja wina, moja wina; ale chcę być szczera), to jednak następnego dnia zaczynam od nowa. I kolejnego. I jeszcze, i wciąż. A czas obmywa te dni z ziarenek chwilowej goryczy (bo tak, macierzyństwo to nie sam lukier) i wspominam z rozrzewnieniem tą radochę przy posługiwaniu się wałkiem, tą kwaśno-zdziwiono-zaciekawioną minkę na pierwszy kontakt z zagniecionym ciastem, to podjadanie czekolady do rogalików na bezczela... Czy ten cif, który o mało nie stał się głównym komponentem farszu pieczarkowego, według zamysłu mojego Dziecka.
   Sercem domu jest kuchnia, sercem kuchni - stół. My mamy na razie mały, stary, rozchybotany. Więc ładuję to moje Dziecię na szafkę i tam czarujemy. Ostatnio kruche babeczki wyczarowaliśmy - inspiracja i przepis, jak również foremki od Kini (dziękujemy!), która specjalnie dla mojego Dziecka takie cudeńka bez jajka wykombinowała i na grilla przytachała. Znikły w oka mgnieniu, były przepyszne. W jej wersji był spód+ masa do metrowca+ owoce i czasem czekolada. My sprawę nieco uprościliśmy, skorzystaliśmy z owoców z syropu i po prostu rozpuszczonej w kąpieli wodnej czekolady. Wyszły przedobre:)

Przepis na kruche spody (wyszło mi około 25 raz mniejszych, a raz większych "spodków"):
190 g masła (temperatura pokojowa)
50 ml zimnego mleka
25 dag mąki
1 łyżeczka miałkiej soli
Masło kroimy, ucieramy. Mleko mieszamy z solą aż do jej rozpuszczenia, stopniowo łączymy z masłem. Przesiewamy do tej paćki mąkę, mieszamy konkretnie, aż się połączą. Zagniatamy, zawijamy w folię i wrzucamy do lodówki na 2 godzinki (u mnie poleżało chyb ze 2 dni;)). Potem rozwałkowujemy, wykładamy ciastem foremki do tartaletek (czy jak im tam), nakłuwamy widelcem, przykrywamy papierem do pieczenia i hojnie ładujemy do nich fasolę czy inny groch (w przeciwnym razie będą się wybałuszać, lub, co gorsza się spalą). Pieczemy około 20 minut do pół godziny (jak sobie nasz szanowny piekarnik zażyczy) w temp około 180 stopni.
  

Kruchy, chrupiący, lekko słonawy spód; kwaśne, soczyste owoce i słodziutka czekoladka. Porcja w sam raz na dwa kęsy, coś pod szybką kawkę, między klocków układaniem a obiadu szykowaniem. Dla Maluszyńskich też do łapska akurat, nie do zapchania i słodyczą zamulenia, a jeszcze stwarza okazję do przemycenia owoców (a wcale nie muszą być z zalewy). No i dekorowanie... Ależ Nacio miał radochę:) Międolił te kulki w rączkach, ganiał za nimi po blacie szafki, łapał i na ciacha kładł, a one uporczywie Mu umykały. Był nawet patent, by użyć łyżki:) Mega wciągająca i rozwojowa, jak się okazało, zabawa.  
 

  Polecam do chrupania, dla Małych bez jaj, dla dużych do zachwycania. Robią się szybko, można bawić się tworząc kombinacje smaków przeróżne, można ciasto zamrozić, a nawet przygotować wcześniej spody i skorzystać gdy czasu mało a ochota na słodkie wielka. Świetne do wspólnego gotowania z małym, do bezstresowego zagłębiania Malucha w kulinarne pasje jak znalazł. Mnie kupiły, a ja przez nie kupiłam sobie dużą formę do tarty i dalej czaruję:) Jeśli zrobicie - proszę o info, chętnie looknę na efekty:)