czwartek, 13 czerwca 2013

12 mgnień maja

   Maj minął nam bardzo szybko, jeszcze nie  zdążył się zacząć a już widać było jego koniec, tym bardziej wypatrywany, iż oznaczający Taty urlop, wspólny wyjazd i wypoczynek (no, może poza długimi godzinami w pociągu, ale Mały się spisał lepiej niż sądziłam). W tzw. międzyczasie zaliczyliśmy też epokę kredy chodnikowej, wynaleźliśmy sposób na udane zakupy za jedyne 5,oo zł  (+ drugie pięć kaucji zwrotnej). Spokój na zakupach i radocha Małego  - no sami wiecie:) Poza tym zrobiliśmy sobie fajną zabawkę z niczego prawie że i woziliśmy się rowerkiem biegowym. Tak, maj fajny był.
   Miesiąc rozpoczęliśmy i zakończyliśmy hucznie dość - na początku załapaliśmy się na festyn, na który nie załapać się było nie sposób, gdyż odbywał się pod naszym tarasem. Wybawiliśmy się świetnie, a mały wyszalał za wsze czasy - atrakcje dla dzieci zapewniała grupa animatorów - klownów, krasnali, czarownic a nawet Pani Wiosna. Były konkursy, dmuchane zamki do skakania, ogromniaste bański do łapania, malowanie twarzy (my zrobiliśmy się na tygryska) oraz - o zgrozo! - wspólne prace plastyczne przy suto zastawionym łakociami szwedzkim stole. Uśpiona czujność rodziców i ich dobre do granic naiwności serce skończyły się dla Natanka na izbie przyjęć. Bo jak wiecie nasze dziecko to alergik, uczulony m.in. na jaja i orzeszki ziemne, których jak się okazało w podanych dzieciom słodyczach nie brakowało. Jeden zastrzyk sprawę załatwił (mały jakby go w ogóle nie zauważył, sama pielęgniarka była w szoku, ale ten typ tak ma), a co się objadł owoców zakazanych to jego. Ale rzekłam: never ever agine!!! I nawet po trupie moim niet!. 


   Jako że już następnego dnia po uczuleniu śladu nie było, w niedzielę 5 maja wybraliśmy się do Babci na imieniny. Tam padł pomyśl rodzinnego (2 ciocie, w tym chłopak jednej plus rodzeństwo cioteczne z siostry chłopakiem - prawie że jak brazylijska telenowela;)) wypadu na wesołe miasteczko. Małe zaliczyło chyba wszystkie brumy i pufy a niektóre nawet razy kilka. Tata też się wyszalał, Mama aż tak hmmm... nieodpowiedzialna ;) (no dobra, odważna) nie była i zadowoliła się karuzeloośmiornicą jakąś oraz latającym dywanem, które i tak o kant jej możliwości mocno zahaczyły:)





O tej książeczce już Wam pisałam, jest ze wszech miar warta polecenia, dlatego jeszcze raz ją przypominamy, bo w maju sporo się jej naczytaliśmy i jeszcze czytać będziemy pewnie przez majów kilka, bo świetna jest. Niżej tor dla kulek o którym post już był również - zabawka tak samo na lata. Prosta, a dająca nieskończenie wiele możliwości zabawy. Polecam cała. 

No i na koniec rzut oka na prezent Dniudzieckowy dla Natanka. Tak, bo ze względu na wyjazd Dzień Dziecka świętowaliśmy 28 maja:) O kolejce jeszcze napiszę, a w kwestii pierwszoczerwcowego święta dodać muszę, że wybraliśmy się ze znajomymi i ich córeczką do warszawskiego zoo, gdzie było co najmniej super - Natek pojechał do zebry Zu, którą miał nawet okazję pogłaskać, co uwiecznione było na zdjęciu. BYŁO, bo mój szanowny Syn wszystkie wspaniałe zdjęcia skasował ku mej rozpaczy bezdennej. Tak sama sobie jestem winna...
A Małe rozgadało się nam nad wyraz. Całymi zdaniami zaczyna rozmawiać. "Nana jedzie otobuśem ś mamą do baby" albo "Tiato nie lusz cioci telefon". Do śmiechu do łez nas doprowadza wołaniem z wanny "Tiati Ojturze, choć!!!" (Tato Arturze, chodź!). Zaczyna odmieniać słowa przez przypadki. No bardzo komunikatywny się zrobił.