wtorek, 19 lutego 2013

Puzzle puf puf

My ostatnio układamy, wbrew życiu niepoukładanemu...
Układamy tak spokojnie ze trzy razy dziennie, a porywach do więcej razy, a jak ktoś przyjdzie, to też układa, nie ma tak, że nie.
- Mama, puf puf - jest co rano i już mi tu Bąbel owe puf puf z trzaskiem wielkim z pudełka wywala, potem bach! dupinką w ten bałagan i już ciuchcia w łapkę i czeka.
Wie doskonale, że pierwszy jest aligator, że po nim bocian, a za nimi chomik, ale rytuał wymaga, żeby mama czy inny Tata głośno i donośnie fakt ten wyartykułowali.
I zaczyna się szukanie, łapkami w puzzlach grzebanie i odwracanie.
- Tio nie, tio nie, tio nie... Mam!!! i wędruje taki indyk czy inny kra kra na swoje miejsce w puzzlowym pociągu i puf puf, jadą a my szukamy dalej, kto teraz jedzie? 
Nasze puzzle to pociąg-alfabet, w którym każdy wagonik to kolejna literka zilustrowana jadącym na wagoniku zwierzakiem. Alfabet jest niby polski z niewielkimi naleciałościami angielskiego (a no bo V i X są, a jakże nawet pomimo, że niezilustrowane, bo zwierząt na tę literkę nie ma, ale już Ć, które dałoby się ćmą poczciwą zwizualizować ze świecą szukać). To taki minusik zabawki, który mnie jako polonistkę o ból zębów przyprawia, bo jak się weźmie i moje dziecię nauczy takiego "alfabetsteina" to może w zderzeniu z szkolną rzeczywistością rozczarowania doznać niemałego. Ale nic to. Z czasem się małemu wytłumaczy, co i jak, a póki co niech poznaje zwierzaki, okiem na literki nieznacznie rzucając. 
Puzzle fajne są. Duże, drewniane. Firmy Elefun, nie żebym jakąś reklamę chciała robić, ale jak dobry produkt to i pochwalić można. Może grafika jakaś powalająca na kolana nie jest, ale mojemu Natkowi się najwyraźniej podoba (w szczególności krowa, czyli "mu", którą najchętniej wsadzałby w każdy jeden wagonik).  
Poszczególne fragmenty układanki są duże i grube, a to przy takich maluchach ważne. Nic się nie łamie, nie rozpada, nie wykrzywia. Wcześniej podstawiałam Natkowi inne puzzelki, ale miłością namiętną zapałał dopiero do tych. Tak namiętną, że wzięły i się z tej miłości na brzegach postrzępiły od ciągłego miętolenia i przewracania. A pociąg jest długi, 28 fragmentów, całość po ułożeniu mierzy prawie 2 metry. W życiu się nie spodziewałam, że dziecko moje rozbiegane przysiądzie i zaszczyci swą koncentracją układankę choćby do E, a on tymczasem w szczytowej formie układa ją w 3 minuty (oczywiście jak mu się kolejnych pasażerów wywołuje). Zwierzątka zna już wszystkie. I choć na początku indyk, to był "kra", łabędź - "kra, ale taki co pływa po wodzie", a emu -kra, co go Tata wyciągał spod regału (bez przygód się nie obeszło, a jak:)); to teraz już łabędź jest łabędziem i wiadomo o co chodzi. 
U nas puzzle okazały się mega strzałem w dziesiątkę - nie tylko potrafią zająć Niunia coby mama mogła w garnku zamieszać lub swe szanowne cztery litery posadzić, ale również ćwiczą pamięć, koncentrację, łapki malutkie, umiejętność kojarzenia, rozumienia zasad, jak choćby kolejność, bo nie ma tak, że zebra po foce pojedzie, no way. 
Jam jest zachwycona i w pełni satysfaction. Tym bardziej, że za te puzzle zapłaciłam w Biedronce jakoś 16 zł. Zarobiły na siebie już kilka razy. Polecam:)