środa, 29 maja 2013

Ludziki pojadą do... - wyniki rozdawajki

Tak, tak. Losowanie się odbyło. 
Maszyna losująca nieco się gubiła i dezorientowała...
Nad przebiegiem losowania nie czuwała żadna komisja,
musicie nam wierzyć na słowo;) 
Kto wygrał? Zapraszam na filmik.
Zwyciężczyni serdecznie gratulujemy, pozostałym dziękujemy za udział. 
Eh, gdybym miała więcej tych ludzików...
Proszę zwyciężczynię o kontakt ze mną na maila marzenaj0@wp.pl w celu podania adresu do wysyłki.

wtorek, 28 maja 2013

Przypominam o rozdawajce - Rozdajemy cukierki [AKTUALIZACJA]

Kochani, mamy dla Was coś specjalnego na Dzień Dziecka.
Tych pięciu uroczych panów poszukuje domu. 
Macie ochotę ich przygarnąć?

Jeśli tak, to:
1) primo, uśmiechnijcie się do nas w komentarzu
2) primo;), udostępnijcie banner konkursowy (poniższe zdjęcie) w widocznym miejscu na swoim blogu wraz z linkiem odsyłającym do tego tu posta
3) czekajcie na wyniki 29 maja (oczywiście nie zabraniamy dodawać nas do obserwowanych czy blogrolla, będzie nam niezwykle miło, jeśli to zrobicie, ale NIE jest to warunek).



Ze spraw technicznych:
Panowie, których mamy dla Was są nowi, nie są po przejściach, siedzą sobie nierozpakowani w torebeczkach wraz z akcesoriami i czekają na Was:) Do zdjęcia pozuje Wam wdzięcznie nasz osobisty komplet (do wygrania identyczny). 
Na zgłoszenia czekamy do 29 maja do godziny 12 zero zero.
Osobę, która otrzyma komplet pięciu ludzików wylosujemy 29 maja powiedzmy około 14 w samo południe;) Jednak gdyby się nam waliło, paliło czy takie inne to zastrzegamy sobie zmianę tego terminu. 

piątek, 24 maja 2013

Abecadło od kuchni, czyli "Smaczny elementarz Cecylki Knedelek"

Wydawnictwo, miejsce i data wydania: Jedność, Kielce 2012.
Wydanie: I

Ilustracje: Zenon Wiewiurka
Oprawa: twarda
Ilość stron: 210
Przekład: -
Tytuł orginału: -
Język orginału: polski
Data powstania: 2012
Moja ocena: 6/6

Książkę otrzymaliśmy do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Jedność

   Ala ma kota. Tola ma Asa... Eeee, powiem Wam Kochani, że to już przeżytek. Choć my na naukę literek presji jeszcze nie mamy, bo za młodzi jesteśmy (no przynajmniej jedno z nas; drugie w miarę umie;0), to w Cecylkowym elementarzu oboje zakochaliśmy się po uszy. A nawet po głowy czubek. I czytamy, i wertujemy, i pokazujemy i gąski szukamy. A jak nie razem, to ja sama, tak mnie ta książka urzekła:) 
 Do świata liter wprowadzają nas sympatyczna dziewczynka Cecylka Knedelek, znana dzieciom z wielu innych książek, o których na naszym blogu jeszcze będzie głośno. Towarzyszy jej wszędobylska i przezabawna gąska Walerka. 
    Elementarz  wita nas samogłoskami. Mamy więc na tych pierwszych stronach plakaty z popodpisywanymi obrazkami zaczynającymi się od danej samogłoski. Ale jakie plakaty! No piękne są te ilustracje, takie słodkie, urocze, lekkie, zwiewne a jednocześnie takie łobuzersko zabawne. Natusia oko przyciągnęły. A ile radochy jest z szukania ananasa na stronie aniołków, ile uciechy, że gęś dudni w bęben na stronie z ę, i jaka błyskawiczna reakcja na prośbę o wskazanie kotów i krów na stronie z y. No mamo, no nie wiesz, przecież to łatwe... Dodatkowo w prawym dolnym rogu strony samogłosek zawierają ciekawe polecenia i zadania dla Maluchów, mogące stanowić świetną podpowiedź dla rodzica, czego jeszcze, oprócz tych krów nieszczęsnych, czy innych wędek, Brzdąc na stronach poszukać może. No niby takie proste, ale czy wpadlibyście na pomysł, by rysowac Ymka ze stron z Y, albo powymyślać imiona dla aniołków zaczynające się na A, oczywiście? No, wpadlibyście? Ha... Dodatkowo plusem jest pisanie na tych stronach literami pisanymi (i małymi, co najistotniejsze), bo gdzieś kiedyś kątem oka dostrzegłam takie zalecenie w zasadach czytania globalnego, które mnie ostatnio intryguje. 
Potem jest jeszcze zabawniej, bo z poznanych już literek autorka układa nam śmieszne wierszyki, a z każdą kolejną literką są one bardziej rozbudowane i zaskakująco rozbrajające. Ja sama czytam i się śmieję, takie to nastrojopoprawiacze. Bo czy można przejść obojętnie obok dżdżownicy, która robi dżemy ze wszystkiego? I z sąsiadki i sąsiada. DŻEM Z SĄSIADA TO PRZESADA!!! No fenomenalne. Nie śmiać się się nie da. Innym razem jest ćma Ćmielutka malutka, co lubi mdleć, tkać. Eć i Ać, jak mawia mój Syn i paluchem głaszcze tę ćmę i molestuje ją niemiłosiernie. Jest jeszcze nasz ulubiony dziad, co wlazł na drabkę, by tam przymocować dziabkę. Że co? Przeczytajcie tę książkę to się dowiecie, gwarantujemy wywołanie uśmiechu. Rymowanki takie do zapamiętania, do nauczenia nie wiadomo kiedy i mruczenia sobie pod nosem, albo wykrzykiwania gdy pędzi Małe gdzieś w podskokach.  No po prostu fajne.

   Jakby tego było mało, mało tych wierszyków, i tych plakatów, autorzy proponują nam bardzo atrakcyjny sposób, by nasz Maluch literki połknął. I to do słownie. Po każdej nowej literce znajdziemy przepis na nią wraz z boskimi zdjęciami apetycznie wyglądających ciach. O Boże, jak mi ślinka cieknie, gdy te strony wertuję. Mój faworyt? Jagodowe "j". Niech no tylko zacznie się sezon... Nie podarujemy. Aha, przepisy są pisane z myślą o Dzieciorach - to widać, bo nie ma bzdurnej gramatury typu 175 gram mąki czy 225  masła. -Trzy czwarte, kostka, kawałek - takimi wielkościami tu się operuje. Ponadto, co mnie już po prostu na łopatki rozłożyło wręcz, to to, że B jest zrobione z borówek i bitej śmietany, W z wafelków i wiśni a J z jagód. To się nazywa perfekcja. 
Każdy przepis zawiera słowno -obrazkową instrukcję jego wykonania, co w przypadku Maluchów słabo operujących abstraktem pozwala im aktywnie uczestniczyć w pieczeniu, w znacznym stopniu asekuruje i uatrakcyjnia pracę w kuchni. To takie instrukcje step by step. Bardzo, bardzo przemyślane. 
   Ponadto każda literka, którą poznajemy ma swoje stałe miejsce w lewym górnym rogu, gdzie umieszczona jest standardowo wielka i mała oraz obrazek przedmiotu lub postaci, których nazwa od danej litery się zaczyna. 
  Dodatkową atrakcją, zabawą, która pochłania nas za każdym razem, gdy po książkę sięgamy, jest poszukiwanie na jej stronicach gąski Walerki, która przebiegle się przed nam chowa na kolejnych ilustracjach. I możecie mi wierzyć, nie jest to wcale oczywiste, gdzie będzie ona tym razem, czasem nie możemy jej znaleźć w ogóle, a czasem udaje nam się uchwycić tylko jej cień. 
   Literki poznane? Ciacha literkowe upieczone? To teraz poczytajmy z Walerką o przygodach włochatego i przesympatycznego stworka Lulila. Lulila, powiem Wam to w sekrecie, uwilbia pić przez długą słomkę (tak długą, że ciągniemy po niej paluchem i ciągniemy), kocha jeść muffinki z turkusowym lukrem, umie znikać (gdzie on jest, no gdzie??? i z uśmiechem szukamy  na następnej stronie) i marzy o spotkaniu z Marsjanką. No stworek mnie na łopatki rozłożył...
   Książkę polecamy najmocniej. Dla każdego i w każdym wieku, bo no powiedzcie szczerze, kiedy wyrasta się z ciasteczek? Maluchy mogą ją wertować szukając gąski lub podziwiając przepiękne, multikolorowe ilustracje, starsze dzieci z pewnością polubią zabawne wierszyki, a dzieci w wieku przedszkolnym zrobią z niej największy użytek, bo poznawanie literek będzie z tą książką pyszną zabawą. 

niedziela, 19 maja 2013

Magia drewna, tajemnice szklanych kulek i tęcza

   Uwielbiam drewniane zabawki. Za ich piękno, prostotę, za magię w nich zaklętą. Nie wiem, jak to jest, ale plastik tak nie umie zaczarować, zachęcić, do zabawy zanęcić. Kocham dotykać i macać, wąchać, szukać zapachu lasu. Drzemią w nich wszystkie leśne baśnie, tajemnice elfów. I mimo mało romantycznej obróbki, one tam są, wystarczy zapukać, ucho przyłożyć - odezwą się. Ktoś kiedyś powiedział, że zabawki napędzane wyobraźnią są o niebo lepsze od tych zasilanych bateriami... Święte słowa. 
   Nasze drewno przyodziało się w tęczę. Takie połączenia, to jest to. Nie mogę patrzeć na te klocki, nie mogę się nimi bawić i się nie uśmiechać, ot, taka chromoterapia  One mi po prostu humor poprawiają. 
   Kilka drewnianych kolorowych bajecznie klocków, kilka elementów toru i parę szklanych kulek (zielonych, z tym magicznym błyskiem kuszącym w nich uwięzionym). Tak niewiele, a możliwości zabawy nieskończone. Nic nie strzela, nie gra, nie piszczy i nie świeci obłędnie, a moc jest. Są emocje i wielka radocha. Czemu? Bo kulka leci, bo goni ją druga i kolejna i pac! spadają. Tak zwyczajnie.
    Tor najpierw trzeba zbudować (to już Tata, Tata się zna), trzeba wymyślić, pogłowić się jak to połączyć, żeby wszystko ze sobą współgrało, żeby ta kulka drogę pokonała, żeby nie utknęła, bo wtedy uuuuu, zawiedziona minka, ale zaraz śmiech i łapka poprawia i kulka brnie dalej. Oooo, kujka!!!! Ale czasem tor pada, nóżka niechcąco tknęła, pupka zaczepiła, bo Małe wiercące, kujkę złapać musi. Wielki łomot. Bam, bam!!! I Tata powietrze nerwowo wypuszcza, tyle pracy. Albo za tym sto osiemdziesiątym razem już się nawet wkurzy, buduj sam, powie, ale wtedy buziak i stoosiemdziesiątypierwszy raz jest wznoszona konstrukcja. I kulki śmigają. 
 Tor to zabawka w pełnym tego słowa znaczeniu. Bo stymuluje, bo wyobraźnię pobudza, bo uczy zasad fizyki tych, którzy nawet się nie domyślają, że takowa istnieje. I logiki, i planowania przestrzennego, i przewidywania, i zręczności, i..., i..., i... . Jak się bawi Tata, to tor ma wiele pięter, zawijasy jakieś zmyślne, galimatiasy i cuda na kiju. Jak Mama - to dwa poziomu i czasem jeszcze kulki z boku wypadną, bo taki klocek odkryliśmy. Ale kulki latają, niestrudzenie krążą. Czasem tor to nie tor, tylko tunel, albo droga dla traktorków i bumów. Innym razem, kiedy Niunio się bawi sam, toru nie ma w ogóle, jest za to pociąg. Aha. A Niunio się bawi. To nie zabawka z tych, co naciśniesz dwa razy i w kąt. Pewna jestem, że upalne południowe godziny spędzane w domu będą do "kujek" w dużej mierze należały:)

piątek, 3 maja 2013

12 mgnień kwietnia (+ marcowy gratis)

   Kwiecień już się skończył, choć przysiąc bym mogła, że dopiero się zaczął. Spędziliśmy go na placu zabaw, mówiąc najogólniej. Słońce sprawiło, że w człowieka wstępuje energia, ciągnie to Małe piąty raz na plac zabaw, żeby się po dłuugiej zimie dotleniło, darmowej witaminki D nałapało i nawiązało nowe znajomości. I co tam, że w domu piach aż chrzęści pod stopami, że balkonowe okno nadal nie umyte a obiad dla Taty gotowany na szybkiego, albo i nie gotowany wcale... My się już w domu nasiedzieliśmy i ani sekundki dłużej nie zamierzamy. 
   W końcu udało nam się kupić część mebli do pokoju Natanka. Jakich, niech to na razie pozostanie tajemnicą, powiem tylko, że jestem bardzo z nich zadowolona, czekamy więc na przypływ gotówki, bo do kupienia zostały jeszcze półka, biurko i dwie półeczki wiszące. Pokój już jest całkiem inny, jak dopnę na ostatni guzik - pokażę:)
Pełna konspira, czyli imieninowe kwiatki od moich Chłopaków. Najsłodszy bukiet, jaki w życiu dostałam:)

Idzie rak, nieborak...

Puzzle 27-częściowe już opanowane perfekt:)
Uwielbiam takie poranki
Tuptamy
Babki  - hurt Tata made:)
Nie, nie, on stamtąd nie zjeżdżał :) Wdrapywał się ile mógł i ślizg, cwaniaczek mały:)
Czerwień:) Natanek wciąga te truskawy rach-ciach
Chodnikowy Picasso
GRATIS. Nie kwietniowo, ale powstrzymać się nie mogłam.
   Co nam jeszcze dał kwiecień dobrego? Duuużo. Więc tak, odpieluchowaliśmy się już na dobre w grudniu, ale śmiganie bez pieluchy w plenerze, to dla nas nowość totalna. Nie wiem już sama jak tę dupkę ubrać, żeby w tym piachu, co w nim klapie mi nie zmarzła; latam za synem tym moim ciągle się go dopytując, czy nie chce siusiu. A on? Jakby nigdy nic biega sobie i w razie potrzeby mamę informuje. Wpadki nie zaliczyliśmy póki co. 
   Od- się również butelkowaliśmy. A bo to małe wypijało hektolitry płynów z butli, a potem jeść ani grama mi nie chciało; otoczenie i sam zainteresowany padały ofiarami licznych powodzi powodowanych przez wycmokanego już smoka a zęby psuły się od ciągłego z cukrem kontaktu. I wprawdzie kiedyś (z 2 miesiące temu) polegliśmy w walce o butlę - kubeczek został oddelegowany po jednym nocnym przebudzeniu. Argument? Krzyk, furia i wymioty. Teraz jednak po całodziennym marudzeniu Nacio przespał noc, a senny reset sprawił, że o butli zapomniał:) Dumnam, szczęśliwam, już prawie 2 tygodnie na kubeczku 360 i wszyscy żywi. A jak się to to ze szklanki pić naumiało, jak jeść zaczęło:) 
   Od 25 kwietnia Natan stał się Na-tanem. Dotąd był Ta-tanem lub Naną:)
   A więc kwiecień u nas megapozytywny. A wtedy przyszedł maj... Oby nie gorszy:)