piątek, 26 kwietnia 2013

Pirackie ciasteczka

   Czasem są takie dni, że siądź i płacz. Za oknem deszcz a Małe rozdarte, po szczepieniu marudzące, z gorączką się zmagające i ogólnie na nie nastawione. A raczej na NIE!!! Puzzle - NIE!!!, samochodziki - NIE!!!, ciastolina - NIE!!!, kolorowanie - NIE!!! NIE, NIE i jeszcze raz NIE!!!. I dupkę przed tv, tudzież wymiennie przed komputerem, moszcząc, kolejnej 1500 już bajki żąda. Tak było u nas jakiś tydzień  temu. 
   Co wtedy matka zdesperowana i dostająca palpitacji serca widząc swe Małe zahipnotyzowane przed szklanym ekranem uczyniła? Wytoczyła najcięższą artylerię - garnki i miski poszły w ruch. Bo mi tak jakoś pewien przepis zaświtał w głowie, co go w czasie przeglądania Natasiowych książek widziałam i na czarną godzinę zostawiłam. A więc, yyy, no ta właśnie nadeszła. 
  Przepis jest najmniej skomplikowany jak się tylko da. Nawet moja kompletnie zaskoczona szafka kuchenna sprostała wyzwaniu. Wykonanie też dziecinnie proste. Witamin tam wprawdzie za świeczką szukać (no chyba żeby za witaminę uznać kilka kropel soku z cytryny, co to ja je tak od siebie do lukru dodaję, to wtedy owszem, są), ale czasem trzeba i tak. Co jest potrzebne?
175 gram mąki
100 gram masła
50 gram cukru 
200 gram cukru pudru
2-3 łyżki stołowe wody
barwniki spożywcze
woda
dobre oko, (bo ja wszelkie gramaturyczne dziwolągi typu 175 gram mąki) odmierzam właśnie na nie;). Aha, ja od siebie dowaliłam jeszcze torebkę cukru waniliowego, ot tak.
 Aaaa, to nie są zwykłe jakieś tam nudne ciasteczka. O, nie! To są ciasteczka pirackie! Wymagają więc odpowiedniego nastrojenia - u nas "czachowe" skarpetki i mega pirackie bermudy (na kotwicę i rybią ość;)). No, i można piec:)
   Małe do kuchni wpadło i, jak to się utarło (masło z cukrami), namieszało ( masłowo-cukrowy puch z mąką). Potem majtek od brudnej roboty (czyt. mama) ciasto zagniotła, dodając wody też "na oko", rozwałkowała i... szklanka w dłoń. Wyszło nam jakoś 20 pirackich buziek. Hop do piekarnika (rozgrzanego u nas na 180C) na około 15 minut.

    No i te piętnaście minut okazało się być za długie o 15 i pirata mego porwał sztorm (zaginął w trójkącie telewizyjno-komputerowym, o zgrozo!) toteż zaszczyt lukrowania piratów przypał mnie. Mój lukier to cukier puder + odrobina wody i/lub sok z cytryny. Wyszedł za rzadki. Barwniki spożywcze też mnie nieco wyprowadziły w pole bo granatowy pod brązowy mi się podszył, ale niech tam. W końcu błękitnooki pirat też uroczy jest. 
   PS. nigdy nie mówiłam, że mam talent plastyczny. Cukierniczy też nie:) Mając to na uwadze przedstawiam wam dzieło moje. Jak to mawia Nacio: tadam!
   Małe oczywiście na degustacji się zjawiło, a jakże. Ciacho buchnęło, w kącie się zaszyło i pałaszuje. Na pozowanie Pirat Nat wyraźnie ochoty nie miał. I już, już zbierał się, by powrócić na swoją wyspę, a wtedy matka zarzuciła mu kotwicę, ha ha:)



Przepis pochodzi z książki "Piraci. 100 kreatywnych zabaw i gier" autorstwa Andreii Pinnington. Książkę zrecenzujemy jak troszkę podrośniemy, bo jest to bardzo fajna rzecz, ale dla zdecydowanie starszych dzieci.