piątek, 12 grudnia 2014

Przygody z książką: "Draka Ekonieboraka" - Eliza Saroma-Stępniewska, Iwona Wierzba; ilustracje: Emilia Dziubak




   Bo do dzieci można mądrze. Bo wcale, ale to wcale, książka dla dzieci nie musi być błahą 
opowiastką o kotku i piesku, i o kaczuszce. I jak ja się cieszę, że autorzy i wydawcy dawno już fakt ten zrozumieli. A teraz książki takie produkują (no tworzą właściwie, nazwać książkę "produktem" to wszak profanacja), że siadasz człowieku, żeby Berbecia tego zając na chwil parę, siadasz, czytasz wierszyk jeden, drugi i wpadasz w opowieść po uszy. I nie wiesz już sam w końcu, co najpierw robić - ilustrację chłonąc, rymem się zachwycić czy siąść i czytać, czytać, czytać... Bo dziecko to czytelnik wymagający o wiele bardziej niż dorosły. Żadne tam wodolejstwo nie przejdzie, a watę słowną Małe wyczuje z odległości kilometrów dwóch. Dorosły jak czyta, to do końca chce dobrnąć, opis przyrody pominie w takim "Nad Niemnem" dajmy na to i choć dialogi to przeczyta, a to zamyśli się nad sprawami dnia minionego i strony w tym zamyśleniu przewraca. Dziecko? Bynajmniej. U dziecka jest tak lub nie i nie ma nic pomiędzy. Na ilustracje spojrzy - 2-3 sekundy, decyzja podjęta - tak będę to czytać, lub nie, to mnie kompletnie nie interesuje i pac! książkę na półkę. I tyle, postanowione. To samo z tekstem - macie autorzy 2-3 pierwsze zdania lub wersy - nie zaciekawicie, pójdź cielę do obory. "Draka Ekonieboraka", jak więc widać na załączonych obrazkach, spełniła wszelkie normy i standardy "fajności". Mało tego stała się jedną z tych ulubionych, do czytania nawet w dzień, kiedy milion innych przyjemności zazwyczaj odciąga Bąbla od lektury. A matka? Jeszcze szczękę z podłogi zbiera po tym, co tam wyczytała. Bo tak, baba prawie 30-letnia doznała olśnienia czytając książkę dla dzieci. 




   Bo będzie tu dziś, drodzy Państwo, o łekologii. Ale nie o tej takiej co to do drzew się przywiązuje, nie tej co ratuje foki i ani słowa o Greenpace - to wyższy poziom, na to jeszcze przyjdzie czas. Póki co pozostajemy w sferze własnego podwórka. Wśród spraw Dzieciakowi dobrze znanych, wśród plątaniny kabli, nieopodal tych dwóch worków śmieci przygotowanych do wyrzucenia,  z rozjazgotanym telewizorem po prawej i pikającej mikrofalówce po lewej stronie życia. Powiedział ktoś kiedyś, że chcąc zmieniać świat, należy te zmiany zacząć od siebie. I ta książka, przytoczone w niej liczby, są tego żywym (no ok, ok - drukowanym) przykładem. 




   Bo nawet pojęcia zielonego nie miałam, że ta woda, co towarzyszy nam rano dziarsko przy porannym myciu zębów, jak towarzysz niedoli porannego wstawania, nie wiedziałam, że ta woda właśnie aż tak się marnuje. No z reguły nie myłam zębów przy odkręconym kranie, ale że jeślibym tak robiła, to za każdym jednym myciem zębów marnowałoby się 15 (!!!) litrów wody, w życiu bym nie powiedziała. Albo jedzenie - no wiadomo, że marnujemy, że kupujemy bezmyślnie, bez głowy żadnej, bo mam ochotę na to i na tamto, a jak nie teraz to może w sobotę wieczorem będę mieć i bęc do wózka chipsy, bęc batoników pięć, bęc sześc jogurtów, bęc dwie paczki czegoś tam jeszcze i dwa chleby, bo kto wie, czy aby goście nie przyjadą. No niech mi ktoś powie, że tak to nie wygląda. Pewnie, że wygląda, ale bez krępacji - tak robię ja, tak robisz Ty, tak robi on, ona, ono. No i spoko - spoko, dopóki w książce Syna (Córki) nie wyczytasz, że robi się tego zmarnowanego jedzenia 240 kilogramów rocznie (no wiadomo, mniej więcej) od każdej rodziny. A na świecie umiera z głodu około 15 tysięcy osób codziennie. Straszne są te liczby? Straszne! Ale skuteczne, oczy otwierają. 



   Oczywiście i rzecz jasna nikt nam nie każe fundować takich newsów czterolatkowi do poduszki. Książka jest tak świetnie pomyślana, by starczyła na lat wiele i miał z niej pożytek każdy z domowników. Dla Malucha są wierszyki - wszystkie dotyczą tego samego bohatera naszej książki, prześmiesznie stereotypowego, statystycznego Polaka z wąsem, który pozbierał nasze narodowe wady i przywary i na swym grzbiecie je dźwiga. Za karę dla kapiącego zlewu odkręca go na całego, włącza wszystkie urządzenia w domu, żeby mu burczały do towarzystwa, rozrzuca papierki po cukierkach, jeździ terenówką do kiosku, a zepsute meble tarabani na polanę. I te wierszyki są tak bardzo rytmiczne, tak zabawne, a jednocześnie mądre, nie smęcą, a uczą. I zawsze, ale to zawsze złe postępowanie obraca się jako naturalna konsekwencja przeciw Ekonieborakowi, z czego dla dzieci płynie pośrednio nauka. Bez palcem kiwania, bez moralizowania i wcale nie nudno. Można? Można!



   I tak pomiędzy tymi wierszykami, które mój Natan nota bene uwielbia (a ja do niedawna uparcie prozę mu serwowałam, swoim gustem się kierując) mamy pozamieszczane strony z praktycznymi informacjami, schematami, poradami, instrukcjami i zagadkami. I nadal jest to utrzymane w lekkim, zabawnym tonie, nadal jest to do się pośmiania i podziwienia, a cała "cięższego kalibru reszta" to druk. I jest on może nawet bardziej dla nas, dorosłych, niż dzieci, byśmy mieli motywację do tego śmieci segregowania, do tego oszczędzania nie tylko dla mniejszych rachunków (ale o tym też nas Profesor Sumienie informuje), ale przede wszystkim dla czystszego świata. Bo kto, jak nie my pokaże dzieciom, że można inaczej. A wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie. To nam trzeba mówić, nas informować - a w naszych rękach już to, by dzieciom segregowanie odpadów czy sprzątanie po zwierzakach było czymś tak oczywistym, jak oddychanie. 






 Wydawnictwo Albus się postarało. Autorki się postarały, o ilustratorce już nie wspomnę. Książka nawet formą mówi nam o oszczędzaniu - w tym przypadku papieru - jest treścią po brzegi zadrukowana. I to jak zmyślnie. I to jak ładnie. Pierwsze co wzrok przyciąga to niesamowite ilustracje Emilii Dziubak (a jednak wspominam o ilustratorce ;) No cóż, wybaczyć mi trza, kocham prace tej pani). Przyroda, która zakwita spod jej kreski, jest tak piękna, tak żywa i tak niesamowicie witalna, przekonywująca, że od samego patrzenia człowiek sumienia nie ma potem tego papierka rzucić, żeby cudu takiego nie zniszczyć. Sumienia nie ma na to trawki źdźbło sobie wdepnąć. I przewracasz te strony i czujesz te jędrne liście pod palcami, chłód zacienionego parku dreszczykiem ci się na plecach kładzie, ptak ci do ucha rozkosznie kwili. A tu wtem podjeżdża terenówką jeden taki... Ekonieborak, żeby go @^*^!!^0!!!. I ptaszka płoszy, park ci zasmradza... No tak oddziałują na czytelnika te ilustracje, że nawet stertom śmieci się tu przyglądasz z uczuciem estetycznego rozanielenia, bo taka poetyczna ta skórka banana/rybia ość/zmięta gazeta; taka sympatyczna zużyta bateria. Ja tam osobiście tak przepadam za jej twórczością, że niechby tu sobie o fizyce kwantowej po starocerkiewnosłowiańsku pisano, kupowałabym w ciemno, byle się tylko napatrzeć. I podobną tendencję z radością u Natka odnotowałam. 
Książka rewelacja, polecamy gorąco!!!



A jeśli chcecie stać się szczęśliwymi (no bo to tyyyyle szczęścia przecież) posiadaczami ów pięknej i mądrej książeczki 
to KLIKajcie czym prędzej i bierzcie udział w konkursie. 
Bo zostało tylko, o mateczko!!!, 3 dni, 
żeby o nią ( i nie tylko) powalczyć, a zegar tyka: tyk-tyk. 
Zapraszamy!!! 


Za książkę serdecznie dziękujemy Wydawnictwu ALBUS, które funduje Wam też piękne nagrody w KONKURSIE 

Post powstał w ramach projektu 

2 komentarze:

  1. piękna i mądra? pasowałaby nam! (na zasadzie kontrastu :P)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zachęcająca. Dobry temat. I lubimy E. Dziubak :)

    OdpowiedzUsuń