poniedziałek, 10 listopada 2014

O (id)iotach, pietruszce i akcji ratunkowej

   Nie potrafię nic nie robić. No nie umiem. Nawet nie robiąc niczego konkretnego, musi mieć to dla mnie pozór zadania - inaczej nie mogę się na tym skoncentrować. Odpoczywać nie umiem. Leżeć i wpatrywać się w sufit? Chyba bym oszalała. W dzień nie zasnę - położę się, próbuję. Cyk. Ccyykk. CYK. Nieeee, jest tyle ciekawszych rzeczy do zrobienia. Czasu szkoda. Czy jestem szurnięta? Na wykładach z psychologii na pedagogice profesorka wytłumaczyła to w ten sposób: osobowość człowieka podzielona jest na id i ego. Id - poczucie obowiązku, ego natomiast to nasza ... hmmm? skłonność, słabość, uległość? To coś w naszej głowie, co każe nam zaspokajać swoje zachcianki. Jeśli więc tak rzeczywiście jest - w mojej głowie id ciasno cugle zacisnęło i całkiem dobrze mu się wiedzie. 



   Z dzieckiem też się nie pobawię, tak dla zabawy samej. Puzzle, czytanie książek, z klocków budowanie - ok, spoko, z przyjemnością. Ale jeżdżenie samochodzikami... Bezcelowo nie mogę. No way. Musi być koniec widać... Och, jak ja tego w sobie strasznie nie lubię. "Siądź babo!" mówię sobie. "Siądź! Pralka nie zając, kurz też ci raczej nie ucieknie. A nawet jeśli - to dobrze chyba.". Ale id, poczucie powinności czy też bardziej swojsko brzmiący świr podstępnie do ucha mi szepce - "No ale to pranie z tej suszarki to czas byłby zdjąć najwyższy. Już się właściwie kurzyć zaczyna", "Ziemniaki do obiadu by obrać się zdało. Przecież jakbyś sobie wzięła te kilka ziemniaków do jego pokoju - i udawać karetkę możesz i obierać. A tak to obiad o której będzie?". No i lecę zrezygnowana po te ziemniaki, pośpiesznie kucając obok Natka, i bardzo przekonywująco io-io-io-jając, by te ziemniaki jakoś zrekompensować jednak. No a potem, jeszcze tylko te ziemniaki umyję, Synu i już, już się bawić będziemy. No i idziesz myc, a w zlewie gary. No to jeszcze tylko te gary umyję, żeby umyć te ziemniaki i już za minutkę, Synu. O matko!
   I kiedy patrząc przez okno (Id(iota): ... które tak, swoją drogą, umyć by się jeszcze przed zimą zdało) zobaczyłam (id(iota): noo, dokładnie zobaczyłaś, bo nie przeszkadzały ci firanki, co to ich jeszcze nie poprasowałaś i nie powiesiłaś od tygodnia chyba) piękny, słoneczny dzień. Piękny, słoneczny, listopadowy dzień. Ostatni pewnie, a na pewno jeden z ostatnich, to zatrzymałam się. Stanęłam w tej swojej czystej przecież, choć może nie błyszczącej kuchni. Stanęłam i rzuciłam. To wszystko. W cholerę. Szybko się ubrałam, biegiem ubrałam Natka, nogą jak natrętnego, upierdliwego psiaka, ida tego swojego odpychając. Bo już mi chciał pokazywać jakąś dziurę od jeździka w Natana skarpetce. O niezmielonym mięsie na kotlety przebąkiwał. Schiozofrenia paranoidalna? Nie, macierzyństwo. I w domu "siedzenie". Torba, zabawka, Syn. Chrobot klucza w zamku i czujesz,  jak schodzi z ciebie to powstrzymywane powietrze. Dystans, oł je. A że id w drzwi drapie, że skomle...
No dobra, wróciłam. Po śmieci. 
A potem głęboki oddech, czas zwalnia i nawet czujesz, jak liście na wietrze łopocą.
Co ja Ci pisać zresztą będę. Mamą jesteś? To znasz to.



   Bo kiedy ty kroisz pietruszkę i myjesz wannę, tuż obok, w świecie zabawek, dzieją się rzeczy straszne. Dramaty się rozgrywają. Nie wierzysz? To posłuchaj mojego Syna  - z jakim zaangażowaniem leci na ratunek poszkodowańcowi.  Że plastikowemu? Tym większe brawa za poświęcenie i poczucie misji w trudnych warunkach. Raz nawet się naprawdę gorąco zrobiło. Bo nam poszkodowaniec przepadł wśród traw (ach te manewry, te bączki helikopterem z pacjentem na noszach ;)). Ale chodziliśmy, szukaliśmy. Się znalazł. Bo jakoś tak dziwnie byłoby bez tego kawałka plastiku do domu wrócić. Bo to taki plastik z duszą, pyskiem roześmianym (nic to, że limo) i z osobowością. Playmobil. No ja uwielbiam.



   Bo jak Niemcy coś zrobią, a to ich marka właśnie, to raz, że będzie precyzyjne w najmniejszym detalu, a dwa, że nie do zajechania. No a te klocki do tego są jeszcze przeurocze. Co do wytrzymałości - ile razy ten helikopter miał bliskie spotkania z podłogą - nie zliczę. To prezent z okazji Dnia Dziecka - z ilu więc już do tej pory dziecięcych łapsk startował - też szkoda gadać (nadmienię tylko, iż zupełnie nielogicznie, większość nieletnich uważa za najlepszą metodę lotu "za śmigło"). Wyszedł bez szwanku. I to dopasowanie - nic nie odpada, co ma się trzymać - się trzyma. Jeśli ludek ma przyczepiony do liny na niej lecieć - to leci. Nawet w szaleńczych łapkach rozentuzjazmowanego (prawie) czterolatka. Zabawka jest naprawdę atrakcyjna - śmigła się kręcą, kokpit się otwiera, ludziki mogą "latać" w kilku różnych kombinacjach, nosze mają się opuszczać i podnosić - i to wszystko gra i śpiewa. I nie ma ciągłego: "Mamoooooo, weź to napjaw, yyyyych!!!". Nie ma, no stress. Nawet jak ludek wypadnie - spoko, zabawka jest tak pomyślana, że małe łapki same dadzą radę go z powrotem na łono fotela szczęśliwie wrócić. 



   No i ta niemiecka precyzja. Jest sobie walizeczka lekarska. No jest. W rączkę ludkowi ją można włożyć. Mało tego. Walizeczka się otwiera. Mało, wciąż mało. Wyjmuje się z niej zestaw opatrunkowy. No miodzio. Taka zabawa na całego. Nosze - możesz postawić na nich ludka i wciągać. Możesz przytwierdzić je do helikoptera, a ratownika usadzić z tyłu, na fotelu. Co tylko sobie chcesz. I ludziki - najmniejsza pierdoła jest tu odczepiana. Chcesz to możesz nawet mikrofonik pilotce (a jak!) odmocowac. Twoje życzenie jest dla Playmobil rozkazem. No i co najważniejsze - nic tu nie świeci, nic nie gra. Ale! Nie popadaj w przygnębienie - Twoje dziecko znakomicie zastąpi każdą muzyczkę. Nie będzie za cicho :)





   Na koniec postu uprzejmie donoszę, że podczas jego przygotowywania, żadne okno samo się nie umyło, firanka nie powiesiła, a pietruszka nie obrała. I bogatsza jestem tylko o wspomnienia. Aż o wspomnienia. Tak.

2 komentarze:

  1. My ostatnio odkryliśmy Playmobil i jestem pod wrażeniem - ogromny wybór, wszystko można tam znaleźć, choć cena też zwala z nóg. Ale za to zabawa - świetna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cena zwala z nóg, ale wydaje mi się, że jest proporcjonalna do jakości. Mimo, że to plastik. Poza tym sporo w pewnym serwisie aukcyjnym można kupić używanych zestawów w super stanie - samej udało mi się trafić na śmieciarkę za 30 zł, która jest jak nowa. A z doświadczenia wiem, że ceny w sklepach stacjonarnych często są o nawet 1/3 wyższe. A wybór - Playmobi to całe światy :) Pozdrawiam

      Usuń