sobota, 29 listopada 2014

Szaleństwa w Hula Parku

   Za oknem mgła, tylko ziąb i deszcz. A dla mnie... nie, nie jest tak ciepło, przytulnie i romantycznie jak w dalszym ciągu tekstu tej piosenki. Dla mnie, matki, to mega wyzwanie, co z Dzieciakiem robić, co mi już wszystkie puzzle poukładał, całą kolorowankę zamalował, pociągami po torach milion razy już pojeździł i teraz smętnie mi się po kątach snuje. Wyglądamy za firankę - żeby choć dwa, dwa malutkie, zabłąkane promyki słońca. I od razu na dwór lecimy. Ale gdzie tam. Ani jednego promyka słońca nie ma nawet. To zaglądamy drugi raz, po śnieg. Bo jakby padał, to zaraz bałwan, śnieżki, sanki. Zajęć milion by się wtedy znalazło. Hulało by się aż do policzków całkowitego zaróżowienia. Ale o śniegu to sobie pomarzyć możemy... Raz się pokazał, wieczorem. Chwilę pomarudził, niby to popadał, naobiecywał i tyle go widzieli. To co robić, co robić??? 
   I kiedy czuję że za jedną jeszcze chwilę w tych czterech ścianach z tą smętną Dzieciorzynką oszaleję totalnie. Kiedy czuję, że jak on mi jeszcze raz jęknie przeciągle: Nuuuda mamoooo, to ja zwariuję, wybiegnę z chałupy i gdzie mnie nogi poniosą polecę. To wtedy właśnie nagły błysk, jak ta żaróweczka nad głową w kreskówkach mi się zapala. Sala zabaw. No tak! No przecież!!!




   Sale zabaw to świetna alternatywa dla placów zabaw. Dla ukiszonych w domu rodziców z ukiszonym w domu dzieckiem to totalna rewelacja wręcz. My tego typu miejsca odkryliśmy już dość dawno temu, pewnej dżdżem siąpiącej wczesnej wiosny, kiedy nasze jakoś dwuletnie Dziecię głupawki od siedzenia w domu już dostawało. A pokłady niewyhasanej energii groziły eksplozją. No to wrzuciliśmy go do takiej sali jednej i masz Natku szalej do woli. No i  Małe nam przepadło. Wzięliśmy dwie godziny i dwie godziny dziecka nie było. I mogliśmy nawet się kawy gorącej spokojnie napić. Mogliśmy, ale się nie napiliśmy. Ale, że czemu? Bo szaleliśmy razem z nim. 


Tym razem po raz pierwszy poszliśmy do innej sali w naszym mieście. Bo ja wierna tamtej byłam. Koleżanka mnie namówiła, że niby lepsza niż tamta, że jej się bardziej podoba. No i co? No i powiem Wam, że super. I tu super i tam super. Zależy czego się oczekuje. Jeśli chcesz siąść, ze znajomymi pogadać i na Małe bawiące się dyskretnie pozerkać, no to tu. A jeśli masz ochotę polatać razem z Potomkiem aż ci pot po pewnej części ciała pocieknie, to tam, tam i jeszcze raz tam. 
Wiem, że moje tu i tam niewiele Wam mówią, bo w różnych miejscowościach jest różnie, wniosek jednak można z tego wysnuć następujący - jeśli gdzieś kiedyś byliście i to miejsce Wam totalnie nie podeszło, to może warto poszukać gdzie indziej. Bo naprawdę moim zdaniem warto do takich miejsc z Bąbelem się wybrać. A dlaczego? Co mi się tam tak bardzo podoba? Ano po pierwsze, primo, jest to naprawdę fajna rozrywka dla całej rodziny. Idąc z maluchem możemy uczyć go pokonywania różnych przeszkód, jakie staną na jego drodze we wszelkich "małpich gajach", labiryntach i torach do wspinaczki. Nie zapomnę radochy, jaką miał Nacio, gdy pierwszy raz, sam całkowicie zjechał krętą zjeżdżalnią w kulki. Toż to była heca nie mniejsza niż Ameryki odkrycie. Bo jaki to on dzielny, jaki odważny. Po drugie, w zależności od tego, jak są wyposażone sale, Malec, który lubi w międzyczasie zamienić aktywność fizyczną na tę dla małej główki. W tej sali, w której byliśmy, podobnych cudowności, jak na zdjęciu poniżej było pod dostatkiem. i powiem Wam, że wcale to nie były jakieś banalności, bo póki jedną z nich matka rozkmniniła to sporo czasu minęło, serio, serio. Jednak mój Natan nie należy do tych, co jakoś mocno by się myśleniem przejmowali, gdy można wejść wysoko, gdzieś wskoczyć czy pobiec. I tu kolejna zaleta takich sal - jeśli oczywiście dobrze traficie, nam się zawsze jakoś w tej materii szczęści - Dzieciorzyna może zawrzeć tam nowe przyjaźnie, a przynajmniej interakcji z Maluchami innymi doświadczyć. No jeśli o jakość tych interakcji chodzi, to jak z życia wiecie, tu bywa różnie. Jednak mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na świetnych chłopców, którzy tak się z Natkiem skumali, że Syno zapomniał, ze na gwałt do zabawy Rodzice są mu potrzebni. Przepadł gdzieś pod sufitem, strzelając z dmuchaw na udawanej wojnie. Miał pomocnika, w osobie kolegi, który mu amunicję z dołu przynosił (bo starszy na oko był trochę i czepianie się jakoś sprawniej mu szło) i okopy z piankowych elementów budował. I tylko jeden był według Nacia minus tej znajomości, który to Małe mi podczas wieczornej kąpieli z przejęciem wytłuszczyło:
- Bo mamo on trochę nie był fajny... 
- A czemu to? - z przerażeniem, że coś przeoczyłam, pytam.
- Bo ja mu powiedziałem, że się Natan M. nazywam. I ciągle mówiłem. A on ciągle zapominał.
- Oj. A jak on się nazywał? Mówił Ci ten chłopczyk? 
- No mówił. Ale wiesz co mamo... Chyba zapomniałem.




Podoba mi się tam jeszcze zabezpieczenie wszystkiego, no prawie wszystkiego, w ten sposób, że żeby zrobić sobie krzywdę, dziecko musi się naprawdę bardzo postarać. Wszystkie słupy osłonięte pianką, poosłaniane kaloryfery, ba, nawet rogi na stolikach w strefie rodzica mają osłonki. Czyli naprawdę bardzo przemyślanie, odpowiedzialnie i z troską o dziecko. Wszystko to, co sprawia, że na placach zabaw matkowe głowy, jak radary jakieś, non stop o 180 stopni się obracają, żeby to sobie oka nie wykłuło, łebka nie rozbiło czy kolana nie rozcięło. Tu totalny relaks. Poza tym to naprawdę fajna rozrywka za niewielkie pieniądze. Za dwie godziny takich atrakcji płacimy jakoś lekko ponad 20 zł, więc no grosze to są. A płacimy tylko za Bąbla, dorośli wchodzą za darmo. Raz weszliśmy w cztery dorosłe osoby plus Natan i płaciliśmy tylko za Malucha, więc no darmoszka. A rodzic może prawie wszędzie wejśc za dzieckiem, podwieszane labirynty i zjeżdżalnie, kulkowe strzelnice - to wszystko ma podobno udźwig do 110 kg, więc hasają wszyscy. 


Minusy?A no też by się ich kilka znalazło. Jeden całkiem poważny - miliony oczojebnych podświetleń, szaleńczo migających światełek, wściekłych neonów rodem z jakiegoś makabrycznego lunaparku. Ja się pytam - po co to? Toż to wymęcza - jeśli bez tych "dekoracji" dzieciak nie miałby dość po dwóch godzinach i rodzice może wzięliby mu trzecią, to w takim wizualnym harmidrze i tysiącu bodźców, Natan po wykupionym czasie pokornie z placu wychodzi, zmęczony zabawą, ale też agresywnym przyciąganiem uwagi, bo... I tu punkt drugi polityki sal zabaw, do którego nastawiona jestem mocno anty - to utkanie przestrzeni maszynami z cyklu "wrzuć monetę". No od groma tego jest. I pewnie, że można nie korzystać i my nie korzystamy często. I nasze dziecko nawet się o to nie upomina. I tak, ja wiem, ze diabeł niskiej ceny tkwi w tym, że ludzie zostawiają w tych urządzeniach spore pieniądze, wiem, że to się firmie opłaca, ale to takie trochę dla mnie nie halo. 




Reasumując - bawiliśmy się świetnie. Dwie godziny takiej naprawdę super rozrywki, dwie wspaniale spożytkowane godziny, pełne zabawy. Dodając do tego czas na dojazd i powrót robi się z tego spora ilość rodzinne, wspólnie spędzonego czasu. Takiego, kiedy jest się naprawdę razem. Tym razem matka latała trochę z aparatem, by wspomnienia uwiecznić. Następnym razem aparat zostaje w domu. A ja hasam w podsufitowych przestworzach z moim najwspanialszym Aparatem. Wam też polecam:) 


czwartek, 20 listopada 2014

Nie masz prawa bić własnego dziecka! Nikt nie ma!

To wydarzyło się dobre dwa lata temu i do dziś nie daje mi spokoju.
Plac zabaw.
Natan bawi się w piaskownicy, kilkoro dzieci huśta się na huśtawkach, inni zjeżdżają ze zjeżdżalni, jeszcze inni biegają, ganiają się,
Wtedy z małym, może trzy letnim chłopcem, przyszła na plac staruszka. Na oko dobrze po siedemdziesiątce. Zwróciła moją uwagę, zdziwiłam się, że ma jeszcze siły, by nadążyć za energicznym Bąkiem. Pełen podziw.
No to lepimy te baby, nagle patrzę - podopieczny starszej pani wybiegł za ogrodzenie i biegnie tuż przy ulicy. Rzut oka na babcię - w najlepsze zagadana, nie widzi. Krzyczę więc do niej - Pani malec wybiegł za płot. I szybko rzucamy się z mężem, by zainteresować czymś malucha. Sama go przecież nieuważna opiekunka raczej nie złapie.
Zagaduję dzieciaka przez siatkę, zabawki Syna mu pokazuję. Starsza pani dopada malca. Łapie go za małą rączkę i jak nie zacznie go bić. W pupę, plecy, gdzie popadnie. Tłucze go normalnie, potrząsa niczym marionetką, i zasapana cedzi przez zęby:
- Ja ci pokażę, gnoju jeden!!!Smarkaczu, ja ci dam!!!
...
Nie zareagował nikt. NIKT.
Ja też nie - po dziś dzień darować sobie tego nie mogę.
Wtedy sądziłam, że nie mam prawa, że nie powinnam się wtrącać.
Teraz wiem, ja też jestem winna. Bo mogłam ją powstrzymać, A nie zrobiłam tego. Ja i jeszcze 25 innych dorosłych osób na placu zabaw.
...
Dlaczego zamykamy oczy? Dlaczego udajemy, że nie widzimy, nie słyszymy, że nas to nie dotyczy?

Po pierwsze i chyba najważniejsze, dlatego, że boimy się, iż nikt nas nie poprze. Co by nie mówić, i czego nie pisać, wbrew licznym kampaniom (które mam wrażenie, niestety poza internet nie wychodzą i są jakieś zawiłe wg. mnie, ale to temat na inną dyskusję), rodzice nie stosujący klapsów, czytaj przemocy, wobec swoich dzieci to wciąż zdecydowana, ogromna mniejszość. Ja znam jednych takich rodziców. Mój mąż jeszcze jednych. I kiedy w rozmowach z mamami z placu zabaw zaczynam mówić, że my Natka nie bijemy, spotykam się ze zdziwionymi spojrzeniami, brakiem jakiejkolwiek odpowiedzi, po czym mamy owe wracają dalej do rozważań, czy, tu cytuję: "czasem lanie dobrze dziecku robi" czy wystarczy zwykły klaps. 


Boimy się też reagować, bo nie wiemy jak. Krzykniemy: dzieci bić nie wolno. Znerwicowana matka dziecko za klamoty złapie, za blok zawlecze i tam jeszcze mocniej stłucze, wyładowując na nim również frustrację, za to nasze pouczenie. Albo inaczej. Czego mi się do wychowania dziecka wpier^%$#*&&sz?! - odkrzyknie. I co wtedy? Na spokojnie nie wytłumaczysz. Nie przebijesz się przez eksplodujące w twoją stronę obelgi. Policją postraszysz? A jak trafi ci się funkcjonariusz uznający jednak "wychowawcze klapsy" (od razu zaznaczam - ABSOLUTNIE NIE MA czegoś takiego. Klaps to nie wychowanie, to przemoc). To jeszcze tylko utwierdzi agresorkę w jej błędnym przekonaniu. A do sądu przecież walczyć z nimi nie pójdziesz.

Co więc można zrobić? Jak reagować? No właśnie. Odsyłam Was na stronę kampanii Rzecznika Praw Dziecka, gdzie można się kilku pożytecznych rzeczy w tej materii dowiedzieć (KLIK). 

Zaznaczam też tu, że jestem ZDECYDOWANĄ PRZECIWNICZKĄ PRZEMOCY WOBEC DZIECI. I nie rozróżniam "klapsów wychowawczych", "dyscyplinujących", "lań", "dotkliwych pobić". U mnie granica jest prosta: z jednej strony jest bijesz, z drugiej nie bijesz. Nie ma nic pomiędzy. Żadnych tłumaczeń, usprawiedliwień. My Natana nie bijemy. Uważam, że lepszej decyzji nie mogliśmy podjąć. I żadne argumenty zwolenników bicia do mnie nie docierają. A słyszałam już ich mnóstwo. Poruszę je w innym poście. 

A tymczasem kilka naszych sposobów na wychowanie bez przemocy:
- naturalne konsekwencje - jeśli Natan na przykład wyleje napój, musi go zetrzeć; jeśli coś zniszczy, musi spróbować to naprawić
- ustalanie jasnych granic - moje dziecko wie, że przed obiadem nie wolno mu słodyczy. Już się ich nawet nie domaga, kupione lub otrzymane cukierki zanosi do lodówki i sam stwierdza, że zje je po obiadku. 
- konsekwentność - jeżeli czegoś Natanowi zabraniam, to żadne płacze, krzyki, fochy nie są w stanie tego zmienić. Jeśli tylko skubnął obiad, nie dostaje deseru (do jedzenia nie zmuszamy). Jeśli nie mam w planach kupna zabawki, moje nauczone tak od małego dziecko, nawet się nie wysila by wymuszać ją płaczem czy rzucaniem się na podłogę. Ogląda zabawkę, po czym wychodzi ze sklepu.
- tłumaczenie - tak, tak. Ile można tłumaczyć? Do końca. Aż zrozumie. To, co dla nas oczywiste, to dla dziecka kosmos totalny. A kto inny ma pokazać mu świat, jeśli nie rodzice. Ja jestem zaszczycona, że mogę uczyć świata mojego syna. Często robię to też w formie pytań, bo to, do czego sam dojdzie w ten sposób zostanie mu w głowie na dłużej. Dlatego też zwyczajnie okropnie śmieszy mnie i jest żałosne tłumaczenie, że dziecku należy dać klapsa, bo... wyrywa się na ulicę. Natanowi tłumaczyłam od małego, jak się przechodzi przez ulicę. Zawsze przechodziłam z nim na pasach, rozglądając się przepisowo w obie strony. Mojemu dziecku do głowy by nie przyszło wyrywać się na ulicę. Dlatego też:
- bądź dla dziecka wzorem do naśladowania - dziecko najlepiej uczy się na przykładzie. Kiedyś w kłótni z mężem wyszłam trzaskając drzwiami. Kilka miesięcy później, gdy zabroniłam czegoś Natkowi, on zrobił dokładnie to samo. Wytłumaczyłam Mu, że tak nie wolno, że mama też tak nie może robić, że to był mamy błąd. Nigdy więcej tego nie powtórzył. Ja też nie. 

Uważam, że nic się nie zmieni, dopóki rodzice nie będą umieli inaczej wychowywać swoich dzieci. I dopóki nie zrozumieją, że NIE MAJĄ PRAWA BIĆ WŁASNYCH DZIECI. A żeby to zrozumieli trzeba to zacząć mówić. Głośno, wyraźnie, każdemu, zawsze.
"Bo ty to masz grzeczne dziecko" - tak, mój syn grzeczny się urodził (ironia). Nie kochani, ja to wszystko wypracowałam trzymając się powyższych zasad i po prostu go kochając. 


Wszystkim, którzy jeszcze mają wątpliwości, co do tego, czy warto dawać klapsy, czy nie - nie ma się nad czym zastanawiać. Od 2010 roku obowiązuje w Polsce ustawa zabraniająca jakiejkolwiek formy kar cielesnych wobec dzieci. Klapsów też. 

- Natuś, a kto może Cię bić?
- Nikt, Mamuś.
- Masz rację, Synku. Absolutnie nikt. A Ty, kogo możesz uderzyć?
- Nikogo. 
:)

poniedziałek, 17 listopada 2014

Tu Święty Mikołaj - co pod choinkę?

   Rzecz jasna nie wszystkie te rzeczy Natan dostanie od Mikołaja. Zawrotów głowy by chyba dostał i nie wiedział, za co się brać. Poza tym ideą świąt nie jest dla mnie zasypanie Dzieciaka prezentami tak, by nawet ponad nie czubek głowy mu nie wystawał. Staram się natomiast, by były to rzeczy magiczne, piękne, miłością opakowane. By sobie za lat kilkanaście przypominał ten garaż czy inne puzzle, w których lakierowanej powierzchni odbijały się choinkowe lampki. By pamiętał jak w babcinym pokoju biały obrus głaskał go po głowie, gdy z braku miejsca, przy wielkim rozłożonym stole wjeżdżał pod niego pociągiem, pod tunel jakby. A jego zabawie towarzyszyły otulone rozmową głosy najbliższych. O tak, o to w prezentach mi chodzi. 

1) Walizka jeździk Trunki - ta poniżej wprost podbiła moje serce. Ostatnio Nati bawił się podobną u kolegi i zakochał się w niej po prostu. A ile było płaczu żałosnego, gdy kolega odmówił pożyczki na parę dni, coby się pobawić... A że my jeździmy razem dość daleko całkiem sami pociągami - jakaż to byłaby pomoc dla matkowych rąk nieoceniona. Już to widzę - zamiast w jednej ręce wlec ciężką torbę podróżną, torebkę i plecaczek małego a w drugiej jego samego. Zamiast, obładowana tak niczym wielbłąd, się bujać po peronach z dwoma przesiadkami, wręczyłabym mu jego gractwo. A on jeszcze by się cieszył. I dla głowy matkowej ulga, wszak zając czymś Berbecia przez godzin sześc rzeczą prostą nie jest, a tu  - masz, przepakuj, rozpakuj, pojeździj se, popilnuj choćby nawet;). No jak tak patrzę, to same plusy :)


2) Lego CITY - ja wiem, że to To powinno jeszcze zaiwaniać wśród Duplo, ale jak dziecię wpadło w dział z City, tak już wyciągnąć się nie dało. I żadne dzieciowe klocuszki Mu nie w głowie. A że nie niszczy, nie gubi i nie pożera, to niech ma na zdrowie. Mamy obecnie 2 zestawy (chrzestna tak nam Syna rozpieszcza) - jakie, pokażę Wam niebawem. A wśród upragnionych są obecnie poniższe:


3) Puzzle Czuczu. Mapa Świata - puzzle muszą być, a że Mapa Polski (klik), która Nacio dostał od Mikołaja na poprzednią Gwiazdkę przez cały rok cieszyła się ogromną popularnością - stawiam więc na Czuczu ponownie. To, ile się z nich nauczył o lokalizacji miast na mapie mimiochodem zupełnie,  sprawia, że moje zapędy edukacyjne zostały mile połechtane.  A że są dla sześciolatków? - tamte były powyżej 5 lat, jak je dostał nie miał trzech. Po dwóch tygodniach trzaskał sam w 10 minut, więc jeśli te okażą się trudniejsze, to tylko na plus dla nich. Matka więcej spokoju miała będzie (a tak serio to wcale nie, bo uwielbiam je z nim układać).


4) Przytulanka handmade - dlaczego handmade? Bo Natek ma uczulenie na kurz i żadne włochate pluszaki kurzołapy w grę nie wchodzą. A jednak chcę, by miał jakiegoś szmacianego przyjaciela. Aktualnie jest on w drodze do nas, jednak nic więcej nie zdradzę. Ale na osłodę naszego króliczka Mańka Wam podlinkuje, który jest z nami już sporo czasu i jest naprawdę wyjątkowy. Takie szyte ręcznie zwierzaki, często niepowtarzalne, mają jednak niezwykły urok, jakąś taką duszę:



5) Gry - póki co nie mamy jakichś ulubionych, ale te, które Wam tu pokazuję chodzą za mną od dawna. Marzą mi się one tym bardziej. że taki rodzinny seansik po kolacji wigilijnej przy kawce i makowcu to chyba jedna z najpiękniejszych chwil. A z takich własnie chcę mu utkać wspomnienia. Tu dwie zręcznościówki od Haby (Zwierzak na zwierzaku. Most oraz Kamień na kamieniu) a także gra logiczna Wieżowce w budowie od Granny, o której same dobroci w sieci słychać. Znając naszą rodzinę, wiem, że śmichu byłoby przy upadkach zwierząt co nie miara, a jeszcze więcej przy demaskacji oszukańców, od których aż się roi (bo jak ich znam, nawet w takich grach umieliby nagiąć rzeczywistość ;) 


6) Drewniany garaż/parking dla samochodzików - oczywiście podobają mi się zacne firmowe garażyska (choćby Plan Toys, Janod czy moja ostatnia miłość - Le Toy Van), co to nimi pewnie jeszcze prawnuki na zabawę się załapią. Ale jest jedno ale... i jest nim cena. Bo potrafią one słono kosztować. I chyba jednak zdecydujemy się na garaż z Biedrony, o ile uda nam się go dorwać, bo jeśli na żywo wygląda tak, jak w ulotkach, to czuję w kościach, że tłumy będą. Jeśli chodzi o wymiar - niewiele się on różni od garaży firmowych, estetycznie bardzo mi odpowiada, a w zestawie ma jeszcze znaki i autka, więc naprawdę kusząca to oferta:



7) Ubranko - no dobra, to bardziej prezent dla mnie, niż dla niego, jednak od jakiegoś czasu Natanowi też nie jest lotto, w co go matka przyodziać próbuje. Stanowcze nie mówi wszelkim dzierganym swetrom (co serce me matczyne rani, bo takie to piękne i ciepłe takie). Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, która chodzi za mną od dawna - to stanowczo są to milutkie, ciepłe dresy w piękne printy. No idzie się rozmarzyć na widok Dzidziola pomykającego po domu w takim cudeńku:


8) Kocyk - taki puchaty, ciepły, milutki, z minky koniecznie. Do przemarzniętych autobusów. Na sanki, gdy trzeba gdzieś w śnieżną zawieruchę się wybrać. Do otulenia i książki czytania po powrocie z szaleństw na śniegu. Mnóstwo zastosowań bym dla niego znalazła, a takie kocyki ostatnio nie przestają za mną chodzić (a mój faworyt to ten z zwierzątkami po angielsku, czyż nie jest boski). Tu też ceny są dość wysokie, niezłą alternatywą jest też uszycie kocyka samemu - o ile ktoś dysponuje talentem krawieckim, tudzież posiadającą takowy babcią ;)  :

9) Części do torów - zamysł był taki, że Natan dostał 2 lata temu na Dzień Dziecka od nas najprostszy zestaw torów, żeby zobaczyć, czy taka zabawa go kręci. I wkręciła, mocno dość. Więc teraz po troszku uzupełniamy naszą kolejkę o nowe elementy. Miałam dokupić mu zwrotnicę i tunel, patrzyliśmy tęsknym wzrokiem na parowozownię... jednak oferta Lidla okazała się tak atrakcyjna, że no szkoda nie wziąć (nawet nie koniecznie na Gwiazdkę, zaraz w lutym ma Nati urodziny): 


10) Książki - na końcu, ale wcale nie w ostateczności. Książka po prostu musi byc. I będzie. Z pewnością przejrzana zostanie pobieżnie i na później odłożona, bo fascynacja zabawkami. Ale w drugi dzień świąt, czy tuż po nich znajdzie się dużo spokojnego czasu na wertowanie stron, przyglądanie się cudnym, coraz cudniejszym ilustracjom, na wyprawę w świat magii i opowieści. O książkach nie będę się tu rozpisywać, Natan dostanie ich z pewnością kilka i wcale niekoniecznie będą to te poniższe tytuły. O książkach nie będę się tu rozpisywać, bo zaproszę Was z pewnością, by popodglądać przez dziurkę od klucza, tak przez ramię, ich pakowanie. I będę tez miała z pewnością coś książkowego dla Was, więc ten kto dotrwał do tego momentu i czyta moje pisaniny przynudzające ( gratki za wytrwałość)  już wie, że czujnym być trzeba. Poniżej mały ułamek tego, co nam się marzy. 

   
   A Wy wypatrzyliście coś, czym chcielibyście obdarować swoje Bąble? A może macie któreś z powyższych zabawek, ale je odradzacie? Piszcie też, co znajdzie się pod Waszymi choinkami, czy w mikołajkowych skarpetkach. Uwielbiam podglądać innych rodziców. Wróc! Świętych Mikołajów :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

O (id)iotach, pietruszce i akcji ratunkowej

   Nie potrafię nic nie robić. No nie umiem. Nawet nie robiąc niczego konkretnego, musi mieć to dla mnie pozór zadania - inaczej nie mogę się na tym skoncentrować. Odpoczywać nie umiem. Leżeć i wpatrywać się w sufit? Chyba bym oszalała. W dzień nie zasnę - położę się, próbuję. Cyk. Ccyykk. CYK. Nieeee, jest tyle ciekawszych rzeczy do zrobienia. Czasu szkoda. Czy jestem szurnięta? Na wykładach z psychologii na pedagogice profesorka wytłumaczyła to w ten sposób: osobowość człowieka podzielona jest na id i ego. Id - poczucie obowiązku, ego natomiast to nasza ... hmmm? skłonność, słabość, uległość? To coś w naszej głowie, co każe nam zaspokajać swoje zachcianki. Jeśli więc tak rzeczywiście jest - w mojej głowie id ciasno cugle zacisnęło i całkiem dobrze mu się wiedzie. 



   Z dzieckiem też się nie pobawię, tak dla zabawy samej. Puzzle, czytanie książek, z klocków budowanie - ok, spoko, z przyjemnością. Ale jeżdżenie samochodzikami... Bezcelowo nie mogę. No way. Musi być koniec widać... Och, jak ja tego w sobie strasznie nie lubię. "Siądź babo!" mówię sobie. "Siądź! Pralka nie zając, kurz też ci raczej nie ucieknie. A nawet jeśli - to dobrze chyba.". Ale id, poczucie powinności czy też bardziej swojsko brzmiący świr podstępnie do ucha mi szepce - "No ale to pranie z tej suszarki to czas byłby zdjąć najwyższy. Już się właściwie kurzyć zaczyna", "Ziemniaki do obiadu by obrać się zdało. Przecież jakbyś sobie wzięła te kilka ziemniaków do jego pokoju - i udawać karetkę możesz i obierać. A tak to obiad o której będzie?". No i lecę zrezygnowana po te ziemniaki, pośpiesznie kucając obok Natka, i bardzo przekonywująco io-io-io-jając, by te ziemniaki jakoś zrekompensować jednak. No a potem, jeszcze tylko te ziemniaki umyję, Synu i już, już się bawić będziemy. No i idziesz myc, a w zlewie gary. No to jeszcze tylko te gary umyję, żeby umyć te ziemniaki i już za minutkę, Synu. O matko!
   I kiedy patrząc przez okno (Id(iota): ... które tak, swoją drogą, umyć by się jeszcze przed zimą zdało) zobaczyłam (id(iota): noo, dokładnie zobaczyłaś, bo nie przeszkadzały ci firanki, co to ich jeszcze nie poprasowałaś i nie powiesiłaś od tygodnia chyba) piękny, słoneczny dzień. Piękny, słoneczny, listopadowy dzień. Ostatni pewnie, a na pewno jeden z ostatnich, to zatrzymałam się. Stanęłam w tej swojej czystej przecież, choć może nie błyszczącej kuchni. Stanęłam i rzuciłam. To wszystko. W cholerę. Szybko się ubrałam, biegiem ubrałam Natka, nogą jak natrętnego, upierdliwego psiaka, ida tego swojego odpychając. Bo już mi chciał pokazywać jakąś dziurę od jeździka w Natana skarpetce. O niezmielonym mięsie na kotlety przebąkiwał. Schiozofrenia paranoidalna? Nie, macierzyństwo. I w domu "siedzenie". Torba, zabawka, Syn. Chrobot klucza w zamku i czujesz,  jak schodzi z ciebie to powstrzymywane powietrze. Dystans, oł je. A że id w drzwi drapie, że skomle...
No dobra, wróciłam. Po śmieci. 
A potem głęboki oddech, czas zwalnia i nawet czujesz, jak liście na wietrze łopocą.
Co ja Ci pisać zresztą będę. Mamą jesteś? To znasz to.



   Bo kiedy ty kroisz pietruszkę i myjesz wannę, tuż obok, w świecie zabawek, dzieją się rzeczy straszne. Dramaty się rozgrywają. Nie wierzysz? To posłuchaj mojego Syna  - z jakim zaangażowaniem leci na ratunek poszkodowańcowi.  Że plastikowemu? Tym większe brawa za poświęcenie i poczucie misji w trudnych warunkach. Raz nawet się naprawdę gorąco zrobiło. Bo nam poszkodowaniec przepadł wśród traw (ach te manewry, te bączki helikopterem z pacjentem na noszach ;)). Ale chodziliśmy, szukaliśmy. Się znalazł. Bo jakoś tak dziwnie byłoby bez tego kawałka plastiku do domu wrócić. Bo to taki plastik z duszą, pyskiem roześmianym (nic to, że limo) i z osobowością. Playmobil. No ja uwielbiam.



   Bo jak Niemcy coś zrobią, a to ich marka właśnie, to raz, że będzie precyzyjne w najmniejszym detalu, a dwa, że nie do zajechania. No a te klocki do tego są jeszcze przeurocze. Co do wytrzymałości - ile razy ten helikopter miał bliskie spotkania z podłogą - nie zliczę. To prezent z okazji Dnia Dziecka - z ilu więc już do tej pory dziecięcych łapsk startował - też szkoda gadać (nadmienię tylko, iż zupełnie nielogicznie, większość nieletnich uważa za najlepszą metodę lotu "za śmigło"). Wyszedł bez szwanku. I to dopasowanie - nic nie odpada, co ma się trzymać - się trzyma. Jeśli ludek ma przyczepiony do liny na niej lecieć - to leci. Nawet w szaleńczych łapkach rozentuzjazmowanego (prawie) czterolatka. Zabawka jest naprawdę atrakcyjna - śmigła się kręcą, kokpit się otwiera, ludziki mogą "latać" w kilku różnych kombinacjach, nosze mają się opuszczać i podnosić - i to wszystko gra i śpiewa. I nie ma ciągłego: "Mamoooooo, weź to napjaw, yyyyych!!!". Nie ma, no stress. Nawet jak ludek wypadnie - spoko, zabawka jest tak pomyślana, że małe łapki same dadzą radę go z powrotem na łono fotela szczęśliwie wrócić. 



   No i ta niemiecka precyzja. Jest sobie walizeczka lekarska. No jest. W rączkę ludkowi ją można włożyć. Mało tego. Walizeczka się otwiera. Mało, wciąż mało. Wyjmuje się z niej zestaw opatrunkowy. No miodzio. Taka zabawa na całego. Nosze - możesz postawić na nich ludka i wciągać. Możesz przytwierdzić je do helikoptera, a ratownika usadzić z tyłu, na fotelu. Co tylko sobie chcesz. I ludziki - najmniejsza pierdoła jest tu odczepiana. Chcesz to możesz nawet mikrofonik pilotce (a jak!) odmocowac. Twoje życzenie jest dla Playmobil rozkazem. No i co najważniejsze - nic tu nie świeci, nic nie gra. Ale! Nie popadaj w przygnębienie - Twoje dziecko znakomicie zastąpi każdą muzyczkę. Nie będzie za cicho :)





   Na koniec postu uprzejmie donoszę, że podczas jego przygotowywania, żadne okno samo się nie umyło, firanka nie powiesiła, a pietruszka nie obrała. I bogatsza jestem tylko o wspomnienia. Aż o wspomnienia. Tak.

piątek, 7 listopada 2014

Przygody z książką #3: .PL. Przewodnik po Polsce dla dzieci - Andrzej Paulukiewicz


   Genialna jest ta książka. Po prostu genialna. Jej głównym bohaterem... bohaterką właściwie, jest Polska właśnie. Piękna nasza Polska cała, ale jednocześnie Polska, której, mogę dać sobie rękę uciąć - nie znacie. Bo ja takiej Polski nie znałam - tak bogatej, pełnej niesamowitych, magicznych miejsc. Tętniącej historią, urzekającej baśniową przyrodą, kuszącej majestatycznymi zamkami, wiejącymi chłodem i echem odwiecznych modlitw świątyniami. Pełnej przepastnych jaskiń, owianych legendami twierdz, muzeów kryjących w sobie zmaterializowane marzenia minionych pokoleń. Czyta się ten przewodnik jak najbardziej wciągającą powieść. Czytałam i zaczynałam marzyc i projektować sobie wiele przyszłych podróży, wakacyjnych wycieczek czy nawet weekendowych wypadów. Bo wstyd się przyznać, ale jak się okazało jest wiele fascynujących miejsc - jak choćby Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach (s. 80), Centrum Nauki Kopernik w Warszawie (s. 100), czy w końcu Muzeum Zabawy i Zabawek w Kielcach (s. 160) - które są położone tuż, tuż, rzut beretem; Natan by w nich przepadł, to pewne, a ja, co najśmieszniejsze, zielonego pojęcia o ich istnieniu nie miałam. 


Nie zostało nam więc nic innego, jak nad książką ową zasiąść, po kubku kakao ciepłego do łap wziąć i ... pomarzyć. Bo gdy zimno, szaro i buro za oknem z domu ruszać się nie chce. Ale niech no tylko przyjdzie wiosna. Niech no tylko słońce przygrzeje - ".PL" jest tak napisana, że trzeba na prawdę nie umieć się dziwić światu, nie umieć nim zachwycić, by po przeczytaniu kilku jej rozdziałów tak bardzo, bardzo mocno nie zapragnąć wrzucić ja zaraz, teraz, natychmiast do plecaka i wyruszyć w jedno z 55 miejsc, o których opowiada nam autor. 



   Bo autor opowiadać umie. Czuć pasję, czuć entuzjazm. I ten entuzjazm jest bardzo zaraźliwy. On czytelnika za rękę chwyta i ciągnie w świat. "Idź, poznawaj, odkrywaj" z każdej strony woła Paulukiewicz. Bo wiesz, przygoda czai się wszędzie. Za tą wieżą, za tamtym pagórkiem kryje się obietnica rozwikłania wielkiej tajemnicy. Jakiej? Wsłuchaj się w szept pradawnego lasu, daj wyszemrać rzece - one wiedzą. A autor - jak najlepszy przewodnik - towarzyszy nam - tu i teraz - w naszej wycieczce. On jest tam z nami. Mówi: spójrz w prawo, idźmy teraz 50 metrów dalej, a widzisz, za tamtym wzgórzem, pomnikiem, lasem? Razem zwiedzamy Wieliczkę i warszawską starówkę, razem oglądamy Sąd Ostateczny Memlinga - tu naprawdę kunszt opowiadacza-autora sięgnął zenitu. Bo jeśli się wybierzesz do kościoła Mariackiego, staniesz przed tym obrazem i ".PL" z plecaka wyciągniesz, to w wyszukiwanie szczegółów z narratorem zagrać możesz. I nie będzie to już patrzenie - a oglądanie i dostrzeganie, bo autor nie dość, ze oczy dziecku (no i nam, nie ma się co oszukiwać) na wiele rzeczy otwiera i robi to jakby od niechcenia, w ramach zabawy. Czyli w najlepszy możliwy sposób.



   Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak bardzo przemyślana jest ".PL" - 55 miejsc wyselekcjonowanych w taki sposób, że dla każdego znajdzie się coś miłego. Zaczynamy od morza, kończymy zwiedzać w górach. Na każde miejsce autor ma 2-3 strony, ba, nawet nie, bo szata graficzna ma postać wąskich łamów, reszta to ilustracje i schematy. I nie wiem, naprawdę nie wiem, w jaki sposób udało mu się tam zamieścić tak wiele informacji - legendy, historyczne tło, wyjaśnienia dotyczące polityki, legendy, opisy, dowcipy, czasami pouczenia jak się w danym miejscu zachowywać należy (w synagodze chociażby, czy meczecie tatarskim), ale bez moralizatorstwa, zawsze z przymrużeniem oka, przyjaznym kuksańcem. 




   Przede wszystkim, po pierwsze i najważniejsze - ta książka to serio świetny przewodnik. Od strony technicznej, informacyjnej jest naprawdę super, rzeczowo, dokładnie i skrupulatnie. Każda atrakcja, każde warte zwiedzenia miejsce jest opatrzone nazwą województwa, w którym się znajduje. To pozwala szybko zlokalizować obszar poszukiwań na mapie Polski. I w drugą stronę - będąc w jakimś województwie raz-dwa możesz przejrzeć, co tam wartego uwagi ma Ci ono do zaoferowania. Przewodnik ma też bardzo przejrzysty układ. Zaczynamy od morza, w górach nasze zwiedzanie i kraju poznawanie kończymy. Nie odnaleźć się więc w zawartości nie sposób, poradzi sobie z tym nawet dziecko - i o to autorowi chodziło.




Co dalej? Przewodnik jest z prawdziwego zdarzenia przewodnikiem - wszelkie dane potrzebne, by zwiedzić konkretne miejsce zebrał i uporządkował dla nas autor - są adresy, wskazówki odnośnie trasy dotarcia są. Są ceny biletów, numery telefonów, godziny otwarcia . A jeśli tego wszystkiego mało? To są i strony www dla dociekliwych. No wiadomo, że kiedyś się to wszystko zdezaktualizuje, korzystajmy więc, póki czas. Mnie bardzo zaciekawiły takie dodatkowe smaczki, które autor zdradza nam w działach zatytułowanych "Czy wiesz, że..." są tam luźno powiązane z tematem, ale nim zainspirowane fakty, dopowiedzenia, dane statystyczne, które nieraz na serio w zdziwienie mnie wprawiały.



Ilustracje do tej książki stworzone przez Dominika Cymera i Rafała Szczepaniaka są po prostu mega. Zabawne, to raz; kolorowe do zawrotów głowy, energetyczne. Barwy grają tu i śpiewają, zapraszają. Znakomicie oddają charakter danego miejsca, ale też sprawiają, że patos przekuwa się tu w ciekawość i atrakcyjność. Jeśli do czegoś mam zastrzeżenia to jest to smok Wawelski, który mnie nie przekonał. Jeden smok na ponad 245 stron, to chyba jednak niezły bilans. Na łopatki za to rozkładają wyrysowane przez duet postaci słynnych ludzi - super jest Adam Małysz, świetny jest górnik czy Lech Wałęsa. Dodatkowo rysunkowe postacie mówią i to całkiem zabawne rzeczy;) Grafika jest tu kompatybilna z tekstem, a obrazki dopowiadają tekst, objaśniają go. Ilustracje w ".PL" oprócz tego, że piękne i wesołe to i przydatne są. Wszystkie trasy czy znaczące rozkłady miast, szlaki wycieczkowe czy spływy kajakowe - wszystko to jest szybciutko wizualizowane schematem(np. Droga Królewska w Gdańsku czy szlak Kurtyni). No i mamy jasność co i jak - z głowy więc szukanie i guglowanie. Możemy beztrosko odkrywać.



   Mnie Paulukiewicz uwiódł swym gawędziarstwem. Bo ja kocham słuchać czyjegoś paplania, o ile mądrze prawi osoba ta. A tu jest mądrze, ciekawie i pouczająco. Legendami jest ".PL" po brzegi wypchana. I to nie tylko takimi powszechnie znanymi, jak ta o Czechu, Lechu i Rusie czy innym Bazyliszku, ale też na przykład o gdańskim olbrzymie Stolemie czy o historii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. O duchach są legendy (brr, ja się tam boję, to od razu dreszcze), o Janosiku. Dużo tu też historii  - zarówno tej dawnej jak i współczesnej - świetnie jest opisane powstanie warszawskie, pasjonująco autor mówi o Westerplatte, do wyobraźni trafia też opowieścią o strajku w Stoczni Gdańskiej i początkach Solidarności - krótko, zwięźle i na temat - tylko to, co najważniejsze. Dzieci więc mogą tu wielu na prawdę ważnych rzeczy się dowiedziec tak zupełnie niechcący. Co tam dzieci! Ja sama byłam pod wrażeniem i wiele nowych rzeczy się dowiedziałam, wiele starych przypomniałam. A wiecie na przykład gdzie w Polsce odnaleziono kości niedźwiedzia jaskiniowego, co to żył przed 30 tysiącami lat, miał 2 metry długości i ważył 1000 kilogramów? Nie wiecie? To macie kolejny powód, by sięgnąć po tę książkę.



Natanowi (i mnie też, a jakże) bardzo spodobała się zamieszczona na końcu książki mapka. Taki spis zawartości, gdzie znajdują się zaznaczone wszystkie opisywane w ".PL" miejsca. No pięknie jest ta książka zrobiona, ale czym tu się dziwić, to w końcu Dwie Siostry. Ja książkę bardzo, ale to bardzo polecam. I owszem, otrzymałam ją do recenzji od wydawnictwa, ale gdyby tak nie było, również piałabym z zachwytu nad nią, bo jest nad czym. To jedna z tych bardziej wartościowych książek w Natankowej biblioteczce, która posłuży mu, nam, jeszcze bardzo długo i pewnie nie mało z nami zwiedzi, a my z nią. Polecam, polecam, polecam.

Post powstał w ramach projektu blogowego:
Inne posty w ramach projektu:
1) Syberyjskie przygody Chmurki - Dorota Combrzyńska-Nogala - książka biograficzna, historyczna, wspomnieniowa