czwartek, 14 lutego 2013

Jest kolejka!!!

   Zdawać by się  mogło, że czasy PRL-u minęły, a wraz z nimi odeszły w niepamięć długaśne kolejki, stanie w "ogonkach" i komiczno-tragiczne zabiegi o miejsce na jej początku demaskowane oskarżycielskim i pełnym wyrzutu: "Pan tu nie stał!". Tak, mogłoby się zdawać, bo kiedy zostajesz szczęśliwą mamą lądujesz z wielkim hukiem, wraz z wózkiem, dzieckiem i masą spraw do załatwienia w samym środku owego piekiełka. Tak, kolejki są, były i będą, ale czym innym jest czekanie z słuchawkami na uszach lub podczytując książkę czy pismo, a czymś zupełnie innym wychodząc z siebie by zabawić znudzonego czekaniem malucha. Wtedy 20 minut to wieczność.
   W sumie rzec by można, że odkąd Natek przerzucił się na jedzenie inne niż mleko modyfikowane, czekanie w kolejkach przestało jawić nam się jako horror, dramat i masakra w jednym. Idę na spacer i coś załatwić to biorę zabawkę, biorę picie i coś do wszamania, a do przychodni też dodatkową pieluchę i w sumie żadna poczekalnia już mi nie straszna. Jednak czasem mój Łobuziak ma dzień zły bardzo, a wtedy klękajcie narody...
   Dzień taki miał miejsce dziś na poczcie, a że kompletnie nic go nie zapowiadało matka w swej naiwności i optymizmie postanowiła rachunki opłacić. Jedno okienko nie czynne, przy jedynym obsługującym uzbierał się spory tłumik. Byliśmy jakoś piąci czy szóści. Przed nami młoda dziewczyna, za nami starsza pani. Obsługują pierwszą osobę, mały marudzi; drugą - mały jęczy, trzecią - mały pochlipuje. Ja oczywiście cały czas go zabawiam, staram się zainteresować, brumą wziętą z domu jeżdżę, autobusy za oknem pokazuję... No robię wszystko, co mamom w podobnej sytuacji do głowy przychodzi. I to wszystko na nic. Pani z tyłu nie wytrzymuje i rusza mi z odsieczą. Zabawiając małego ze mną pospołu, szepcze szeptem teatralnym, takim, co go na pół poczty słychać: 
- Bo pani to powinna od razu iść do okienka, a nie tak czekać. To tylko dziecko...
- Nie, no ja nie będę się tak wpychać - to ja. Dziewczyna przede mną twardo stoi dialogiem nieporuszona. Mały się drze.
Osoba przy okienku po opłaceniu stu pięćdziesięciu rachunków (no dobra, niech będzie, że trzech, ale to i tak trwało swoje) wreszcie odchodzi. Starsza pani ponawia zachęcająco:
- No, idzie pa... jednak nie kończy, bo stojąca przed nami dziewczyna, dobiegła już jak rasowy maratończyk do pracownika i swe rachunki opłaca w najlepsze.
- No widzi pani - stwierdzam fakt bez cienia emocji.
- Ale jak tak można, tak po złośliwości... odpowiada ona.

   Ano można. Im dłużej jestem mamą, tym mniej mnie to dziwi. Tak, mogłam zapytać, poprosić... Ale po tysiącpięćsetnym rozpętaniu wojny takim pytaniem/prośbą stwierdzić muszę, nie chce mi się. 
   Nie, nie uważam, że wraz z aktem  urodzenia Natka otrzymałam immunitet na kolejko-się-wpychanie. Nie uważam, że jak mam wózek, to mam jakieś specjalne prawa, niedostępne bezdzietnym. Ale na litość wszelką, czy ludzie już całkiem nie mają empatii? Nie, nie dla mnie, a dla dziecka. Czy każde wepchnięcie przede mnie i mój ciężki wózek, gdy wsiadam z małym do autobusu dodaje im +100 do ich autooceny życiowej poradności? Jeśli macie mieć potem cały dzień dobry humor to bardzo was proszę, wpychajcie się na zdrowie!

   Owszem, rachunki mogę opłacać przez internet, skoro mi na tej poczcie się dzieje taka krzywda. Pomijając wszelkie argumenty, dla których tego nie robię, tak, mogę. Nie mogę natomiast przez internet dziecka skonsultować z lekarzem, a w obliczu tego, co się w przychodni nadoświadczałam, chciałabym bardzo. Bo ja nie znam miejsca, w którym człowiek człowiekowi bardziej wilkiem, niż przybytki narodowej służby zdrowia. 
   Jak zapewne nie wiecie, mój Natek cierpi na alergię skórną. Zje coś złego i bach trach, następnego dnia cały czerwony, swędzący i podrapany do krwi. Pomaga mu tylko, jak może wiecie, maść dostępna jedynie na receptę. Dzwonię więc sobie w poniedziałek (dzień zapisów na cały tydzień) rano do przychodni. Dzwonię raz, drugi, dwudziesty... Nikt nie odbiera. Więc rad niewola Dziecia w kombinezon zapakowałam i udałam się w za wysokie progi moimi skromnymi nogami. Na miejscu dowiaduję się, że nie, nie ma już miejsca ani na dziś ani na jutro ani do końca tygodnia już nie będzie. I że nie ma niczego, a nie, źle, jest. Jest wysypka, jest masa wrogo nastawionych pacjentów i jest koło ratunkowe w postaci spytania czy pani doktor będzie tak łaskawa w swej doktorowości i moje dziecko bez wcześniejszych zapisów raczy przyjąć. No to zapytam, pewnie, jaki problem. Jednak okazuje się, że ogromny, dla pana czekającego na wypisanie czegoś tam i jego towarzysza emeryta moje "Dzień dobry, czy przyjmie pani moje dziecko mimo przepełnionego grafiku" i odpowiedź "Tak/nie" to problem honorowy najwyższej wagi. Bo gdy spytałam tak z czystej ludzkiej kultury, czy mogę wejść z którymś z nich i słowa owe wypowiedzieć zaczęli oni chóralnie protestować. Widział to wszystko pewien młody tata czekający z żoną i dzieckiem rozgorączkowanym na kolejkę również w kategorii grafik plus, (bo och my podstępni rodzicie tak już mamy, że zamiast przezornie przewidzieć chorobę dziecka z tygodniowym wyprzedzeniem, to przyłazimy i się wpychamy uczciwym, UMÓWIONYM ludziom do gabinetu po to pewnie, by tam posiedzieć).  
No więc ów tata widział i zagrzmiał. Najpierw grzmiał kulturalnie, pomagając mi bronić moich racji, z czasem jednak zarzucając kulturę na rzecz misji tępienia ludzkiej głupoty. I chyba by się to grzmienie rękoczynami zakończyło, gdyby nie interwencja jego żony,  potem także jakiejś pielęgniarki, która gdy już ucichło wychyliła się z okienka, by przypomnieć, że obowiązuje kolejka. I że ci spoza niej mają spytać i poczekać. Aha...

   To nie jest tak, że ja się żale. Nie, bo ja mam dość ostre pazury pomagające mi bronić swoich    racji. Tak, umiem krzyknąć, umiem zaserwować ciętą ripostę, umiem się pchać łokciami po to, co moje. Tylko człowiekowi cycki opadają, gdy musi wykłócać się z pięćdziesięcioletnią kobietą o miejsce przy uprzywilejowanej kasie, gdy na Twój argument, że to kasa dla rodziców z dziećmi i kobiet w ciąży pada odpowiedź: "A skąd pani wie. Może ja jestem w ciąży". Cycki człowiekowi padają, gdy czekając na przejście przez przelotówkę jakiś uprzejmy pan kierowca zawodowy zatrzyma się wreszcie i uprzejmym gestem zachęci cię do przejścia a ty w swej przezorności poczekasz jeszcze sekundę. Sekundę w której z drugiego pasa wypadnie tir niepomny  na zatrzymanie innych uczestników ruchu i będzie pędził na złamanie karku przyprawiając cię o dreszcze, bo gdyby nie ostrożność, bo wieziesz swój skarb  już by cię nie było (jeszcze długo potem na przejście wchodziłam pierwsza, nie pchając wózka, a go za sobą ciągnąc). 
Z jednej strony tak sobie myślę, że nauczę ja chyba tego mego syna przepychać się przez życie po trupach. O bezczelności, bądźże pochwalona, śpiewać mu będę przed snem. Prawo dżungli, synu, nie bądź mięczakiem, nie zawiedź mamusi. Najlepiej zacznij od najsłabszych, siej postrach wśród kobiet w ciąży, ani mi się waż ustąpić miejsca niewidomemu w autobusie i broń boże nie przepuść kobiety z dzieckiem w kasie, bo to straszny wstyd. Z drugiej jednak strony boję się by to moje potencjalne wyegoizmowane dziecko w tym swoim dzikim pędzie przez życie nie wpadło kiedyś, przeliczywszy się, pod malucha, prowadzonego przez emerytkę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz